|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|||
![]() |
|||||||||||
Piotr Konieczny
konsultant ds. bezpieczeństwa, podróżnik, |
|||||||||||
|
Sobota, 16 lipca 2005 :: 00:40:17
Rumunia -- czyli jak zostałem Milionerem (part 3)
To jest trzecia część mojego przewodnika po Rumunii. Zachęcam do przeczytania pierwszej i drugiej części, gdyż tylko czytane po kolei mogą być w pełni zrozumiane :-)
O samym kursie nie ma się co rozpisywać. Największą popularność zyskały wykłady dotyczące sposobów reklamowania produktów i całej psychologii, która za tym stoi. Nie ukrywam, że mnie, właśnie to interesowało najbardziej. W końcu od dawna zajmuje się reklamami, a wycinek mojej pasji możecie podziwiać na stronie poświęconej śmiesznym reklamom telewizyjnym. Z przedstawionych badań (dla lokalnego rynku rumuńskiego) wynikało, że tylko ,,wesołe'' reklamy przynoszą korzyści -- te zaś skierowane były do młodego pokolenia. U starszych Rumunów jakakolwiek telewizyjna forma reklamowania produktu nie wzbudzała zaufania, natomiast reakcja na śmieszne reklamy była neutralna. Cykl wykładów kończył się projektem. Zadaniem było wykonać reklamę telewizyjną. Produkt/Usługa: Hospicjum - Dom rekreacyjny dla starców. Slogany: Aktywny wypoczynek. Dla Twojego dobrego humoru. Przywrócenie chęci do życia. Odnowa ciała i ducha. Target: Starsi ludzie, anglojęzyczni. Pomysł mojej grupy (PL/PT/ES) opierał się na koncepcie katakumby -- jak go później nazwaliśmy :-) R.I.P -- skrót powszechnie znany opinii publicznej, wypisywany na grobach, znaczące Rest In Peace przeistoczyliśmy w główne hasło reklamowe. Ale myliłby się ten, kto pomyślał, że tak źle i niesmacznie życzymy naszemu targetowi. U nas R.I.P znaczył bowiem Reborn In Paradise, gdzie Paradise to nazwa reklamowanego hospicjum. Kręcenie reklamówki wyglądało następująco: Zaczailiśmy się z kamerą w jednym z głównych publicznych parków w Bukareszcie. Zaczailiśmy się to nieodpowiednie słowo, bo kamera była spora, a my wcale jej nie ukrywaliśmy -- jako obcokrajowcy, wyróżniający się wśród tubylców ubraniem i rysami twarzy zyskaliśmy niesamowity wręcz atut: nie byliśmy traktowani jako ekipa telewizyjna mająca za zadanie ukraść ludzką prywatność, ale jako grupka turystów zachwycająca się ,,okolicznościami przyrody'' ;-) Postanowiliśmy, że spot będzie składać się z 5 sceneshotsów. Zerowy, to po prostu napis R.I.P (dla zwiększenia zaintersowania poprzez szok odbiorcy ;-). Do pierwszych czterech miały pozować dzieci, niewinnie bawiące się w parku, czy to z rodzicami, czy wśród równieśników na huśtawkach i takich tam. Każde ujęcie było podobne: przez chwile pokazywane jest dziecko w trakcie zabawy, potem [fade-to-nextscene] i kolejna scena z kolejnym dzieckiem, a w tle, przy każdej ze scen spokojny głos trzydziestolatka: On kiedyś będzie stary. [nextscene] Ona kiedyś się zestarzeje. [nextscene] Jemu też stuknie pięćdziesiątka. [nextscene].
Reborn In Paradise :-) Czwarta scena to niemowlak, bądź zbliżone wiekiem maleństwo, wyciągające łapkę do kamery -- nie wiem czemu, ale dzieci zawsze są zainteresowane obiektywem. Cóż, skorzystaliśmy więc ze sprzyjających warunków -- nie trzeba było namawiać dzieciaków do wyciągnięcia rączki -- same to robiły :) W tle tejże sceny głos: W końcu i na Ciebie przyjdzie pora... [fade-to-black] Wtedy pojawiał się znów napis z pierwszej sceny i rozpoczynała się animacja. Litery ze skrótu R.I.P rozsuwały się w poziomie i pojawiały się (dopisywały) słowa Reborn In Paradise. W tle słychać było głos lektora: A kiedy nastanie ten czas, my przywrócimy Ci beztroskie lata młodości.. Następnie pod napis wskakiwała jedna z fotek hospicjum + jeden ze sloganów. Kilka wersji reklamy różniło się właśnie końcową fotką i sloganem. I koniec. Niestety, do tej pory, nie otrzymałem od Rumunów zapisu cyfrowego tejże reklamówki, nad czym boleję :( Tak wiem, odszedłem od tematu Rumunii, ale to prawie zboczenie zawodowe :) Wracając do tematu Bukaresztu -- miasto nie różni się za wiele od Polskich wielkich miast. Wyjątkiem jest to, że Rumuni głęboko w d. mają przepisy ruchu drogowego. Światło czerwone dla pieszego nie istnieje. Na szczęście, tylko dla pieszego :) Natomiast światło zielone kierowcom musi sprawiać jakiś ból, bo kiedy tylko się zapali, chcą być jak najdalej od niego. Piski opon -- tak. Klaksony O tak i to bardzo!
Typowe skrzyżowanie w Bukareszcie -- ciekawa i przydatna rzecz: wyświetlane są sekundy do zmiany światła. Zresztą słowo klakson i zasada jego użycia w Rumunii jest zupełnie odmienna od wszystkiego co dane mi było ujrzeć na Ziemskich drogach. Klakson i ruch drogowy to nierozłączne ze sobą elementy rumuńskiego folkloru. Na nieszczęście zakwaterowany zostałem w akademiku przy dość sporym skrzyżowaniu. Tak więc nie potrzebowałem żadnego budzika, bo kiedy rano, w okolicach 6am ludzie wsiadając w swoje Dacie (ta marka dominuje na Rumuńskim rynku -- popularna tak jak Fiat w Polsce) zwiększali ruch drogowy od razu BPM (Beep Per Minute -- liczba klaksonów na minute) wzrastała do 20-tu. Wyobrażacie to sobie? Średnio co trzy sekundy jakiś crazy-dacia-driver (tak ich nazywaliśmy) używał klaksonu.
Zepsuta Dacia to częsty widok, spotykany na poboczach co kilkaset metrów :-) Dacie to w ogóle fajne samochody. Praktycznie nie znajdzie się innej taksówki niż Dacia. Taksówki natomiast to opowieść na kolejny akapit. Po pierwsze: są cholernie tanie, NIEWYOBRAŻALNIE tanie. Za tzw. trzaśnięcie drzwiami się nie płaci! Stawka za kilometr to ok. 30 groszy. Jeśli podróżuje się grupą trzech osób i chce dojechać do cetrum, czy też wygodnie się po nim przemieszczać, warto jest wziąć taksówkę -- koszty po podzieleniu na trzy wyjdą znacznie mniejsze od biletu na środki transportu miejskiego. Teraz kilka słów o taksówkarzach. Rzadko który mówi po angielsku więcej niż: "good morning", "here" i "sorry can't find sorry". Jednocześnie Ci, którzy potrafią sklecić coś więcej, ochoczo wszczynają rozmowę łamaną angielszczyzną i pokazują zabytki na trasie, opisują okolice... zapewne po to, żeby zarobić na dobry, zagraniczny napiwek ;-) -- co się dziwić, podróż taksówką to naprawdę podróż za śmiesznie małe pieniądze. Nie wszyscy taksówkarze są jednak przyjaźni zagranicznym. Warto jest więc upewnić się, że taksówkarz włączył taksometr w czasie jazdy. Inaczej są w stanie podać nawet pięciokrotnie wyższą cenę!
Inny efektywnie pracujący Rumun, zdjęcie w przejściu podziemnym (przez szybę sklepową). Znałem kilka styli jazdy, np.:,,za pięć dwunasta'', ,,zimny łokieć''. Po wizycie w Rumunii doszedł jeszcze jeden. Na Rumuńskiego taksówkarza, charakteryzujący się ciągłym trzymaniem jednej ręki na klaksonie i kompletnym ignorowaniu znaków poziomych (co potęguje chwile grozy i przypomina krwistoczerwoną taksówkę z reklamy batonika KitKat). Niektórzy kolesie byli niesamowici. Nie dość, ze gnali przez miasto (pewnie stawka jest naliczana tylko za kilometr, a nie czas podróży), trąbili non stop, wymuszali pierwszeństwo siarczyście klnąc, nierzadko jechali pod prąd (!) a nawet nie zatrzymywali się na wezwania drogówki to wszystko to robili z uśmiechem. Rumuni zdają sobie sprawę ze swojego stylu jazdy i wiedzą jak bardzo jest on szokujący dla obcokrajowców. Żartują, że w takim razie, skoro liczba wypadków w ich kraju nie przekracza średniej światowej muszą być doskonałymi kierowcami, bo wychodzą cało z tak częstych, ekstremalnych dla zagranicznego obserwatora sytuacji drogowych bez szwanku i zawyżania statystyk :-) Jeśli już jesteśmy przy statystykach: podczas pięciominutowej podróży z centrum do akademika klakson w taksówce został użyty 90 razy. Przy następnych przejazdach, z innymi zawodnikami innych korporacji taksówkarskich, bite były zarówno rekordy prędkości, czasu jak i klaksonów. :) Poza podróżami taksówką ciekawe doświadczenia mam również z trolejbusami miejskimi. (Tak, w Bukareszcie są głównie trolejbusy!). Organizatorzy wyrobili nam tzw. bilet miesięczny, uprawniający do podróżowania trolejbusem. Co więcej, bilet ten miał moc legitymacji kontrolera biletów :-) Mogliśmy więc sprawdzać bilety każdemu pasażerowi i nakładać na niego kary, gdyby ów pasażer bez biletu zwykł podróżować :D. Ciekawe, co by było, gdyby i w Polsce byle bilet dwutygodniowy upoważniał do kontroli biletów. Raz tylko zdarzyło mi się podróżować trolejbusem w trakcie kontroli biletów. Mili panowie po okazaniu im mojego biletu, uśmiegneli się i uścisnęli mi rękę. :-) Ciekawe czy byli licencjonowanymi kontrolerami, czy po prostu dorabiali sobie jako posiadacze biletów miesięcznych? :D Knajpy. Jest ich mnóstwo, od ekskluzywnych klubów, poprzez klimatyczne zaułki, aż do przydrożnych fastfoodów. Alkohol jest tańszy niż w Polsce i to znacznie. Jedzenie na podobnym poziomie cenowym, natomiast smakowo... co tu dużo mówić, poza McDonaldem, KFC, BurgerKingiem, Pizzą -- ochydne. Sprzedawane na ulicy hamburgery czy kebaby zawijane są w coś podobnego do tortilli a do środka pakowane są zawsze ziemniaki pod postacią niedosmażonych frytek. I dobra rada, ostre/pikantne sosy są naprawdę ostre/pikantne. :-) Na szczęście osiągalna jest waniliowa coca-cola -- która znacząco poprawiała mi samopoczucie, mimo że zwolennikiem CC nie jestem :) Z lokalnych fastfoodów można polecić Sheriffa (chyba, że on nielokalny :P) -- tam, za cenę ok 4PLN dostaje się półmisek i wolny dostęp do sałatek, czyli obowiązuje zasada: nakładasz ile chcesz/zjesz/zmieści się . A sałatki Sheriff ma dobre, kelnerki natomiast mówią po angielsku i dają się zaprosić na wieczór do knajpy :)
Tak powinna wyglądać dobra, rumuńska kolacja...
A tak wyglądała: Jeden z uczestników kursu, Macedończyk i typowe jedzonko -- kukurydziana papka z obrzydliwym i śmierdzącym serem. Po minie widac, że mu smakuje :-) W knajpach prawie zawsze mozna poprosic o ...fajke wodną :-) Do palenia można użyć własnego tytoniu bądź zakupić jeden z aromatyzowanych. Fajeczka pełen bajer, nawet sterylny ustnik się do niej dostaje. Supermarkety. Lepiej nie wchodź na halę z plecakiem lub bagażem podręcznym. Przechowalni nie uświadczysz, a Twój podręczny zostanie zafoliowany -- wrzucają w taką wielką rurę, na końcu której nałożona jest folia, potem zgrzewanko i masz zaje#iście niewygodną rzecz do noszenia -- bo jeszcze nikt nie wymyślił, jak założyć zafoliowany plecak :-) Na półkach... prawie jak w Polsce, a właściwie zupełnie jak w Polsce -- oczy przetarłem z niedowierzania. Oni mają naszego Kubusia!!! Tylko u nich to Tedi, nawet milutko... Po chwili kolejny powód do zdumienia: Oni mają naszego Tymbarka! I widać słowo ,,Tymbark'' źle się kojarzy, bo zmienili je na Duo Fruo - ale na kapslu się uchowało ;-) Produkcja w Polsce, etykietka rumuńska. Smakuje tak samo. Potwierdzone.
Coś, co sprawiło, że poczułem się jak w domu... Konkurs: co znaczy ESCU napisane pod kapslem Tymbarka? Radzę również skorzystać z okazji i zakupić dużo tequilli (0,75l za 12PLN) oraz wina -- Rumunia chwali się winem, kiedy tylko może i jak tylko może. Tu pora na zabawną dykteryjkę. Pewien jegomość będąc już przy kasie, dierżąc w jednej dłoni zaje#iście niewygodny, zafoliowany plecak, w drugiej butelkę wina wpadł na pomysł, że winko dobre i jedna butelka nie wystarczy. Zostawił więc ów ZNP i winko znajomym, a sam pognał do działu win. Tam zdobył kolejną butelkę ukochanego trunku i zaczął truchcikiem oddalać się w strone kas, kiedy poślizgnął się na mokrej podłodze (nieoznakowanej :/), wywinął chałupca i zachaczając ręką o stojący nieopodal regał z winami, który to został przez przewrócony, osiadł na czterech literach. Tak, butelka się potukła, czerwone wino się rozlało. Sekunde później i regał pierdyknął i dużo więcej butelek poszło w ślady tej trzymanej do niedawna przez jegomościa. Ponieważ jegomość miał czerwone od wina spodnie sytuacja wyglądała dramatycznie. Horror narastał z każdą sekundą, a dodatkowe wrażenia spotęgowane zostały faktem, że cześć z czerwonych plam na spodniach jest jakaś bardziej czerwona niż fioletowa i wydobywa się strumieniem z palca jegomościa. Przytomnie zareagowały rumuństkie staruszki. Natychmiast otoczyły jegomościa i każda z nich wyciągnęła rękę z paczką husteczek, pokrzykując coś. Kiedy jegomość powiedział: I don't understand, don't speak romanian (ha, domyślacie się już kim był ów jegomość? :) usłyszał: first-aid, there. Niestety, nie dane mu było wdać się w dłuższą rozmowę z sympatycznymi, starszawymi paniusiami, bo zjawił się Duży, Nieczuły Pan Ochroniarz (czyżby ten niewielki brzdęk go zwabił?) i delikatnie, acz stanowczo, zasugerował, żeby udać się za nim. Zalany (krwią i winem) jegomość poprzedzierał się poprzez labirynt korytarzy, pojeździł chyba z trzema windami by zastukać do pokoju z czerwonym krzyżem na drzwiach. Oczywiście nikogo nie było w środku... Po chwili jednak, zjawiła się pielęgniarka (choć z dzisiejszej perspektywy nazwałbym ją sadystką) i przystąpiła do wykonywania swoich zadań. Jegomość tracił cenne litry krwi, kiedy został zagadnięty: nejm pliz. Po krótkim tłumaczeniu że plecak jegomościa, zafoliowany jak Pan Bóg przykazał znajduje się przy kasie zezwolone zostało podać nazwisko ustnie. I co z tego, skoro na ,,Konieczny'' zareagowano: ,,hę?'', a po przespellowaniu powstało: ,,kumaihchwi''. Normalnie zrobiła ze mnie Japończyka! Ta zniewaga krwi wymaga -- pomyślałem i już miałem siknąć na nią ostatkiem tego czerwonego płynu jaki mi został w prawej ręce... kiedy nagle (play tada.wav) ona wyjęła bandaż. Punkt pierwszej pomocy był chyba samoobsługowy, bo bandaż został mi podany, a niewiasta złapała za nożyce i stała nade mną, wyczekująco patrząc na mój palec. Amputacja? -- pomyślałem. -- O nie, nie dam Ci się dysgraficzna s#ko! Złapałem za bandaż i zapewniłem, że nic mi nie będzie, po czym przejął mnie goryl i odprowadził do drzwi. Do dziś jestem przekonany, że chciała mi odciąć palec i sprzedać jako parówkę w dziale mięsnym... Ochroniarz natomiast musiał się po rumuńsku skontaktować z managerem przez walkie-talkie, bo po wyprowadzeniu mnie na halę główną powiedział: You are free now. No to kamień spadł mi z serca, rodzinę jednak zobaczę... Zapewne bojąc się zaskarżenia za brak tabliczki: WARNING, WET FLOOR, doszli do wniosku, że nie dopiszą mi na paragonie tych circa 200 butelek winka. Ale na pralnie (przypominam, że *miałem* białe spodnie) też nie dostałem. ;-)
Marka wina, które wiele litrów krwii mnie kosztowało. Jest wyśmienite. Przemyciłem 10 butelek :)
Typowe zakupy w supermarkecie... Kina. Wybraliśmy się raz do wielkiego centrum handlowego (nie supermarketu ;P), a że kino tam było i ceny za bilet w granicach 7PLN to i na film się skusiliśmy. Mielismy tylko nadzieję, ze w Rumunii nie ma dubbingowanych filmów, a jedynie subtitlesy -- i na szczęście tak było. ;-) Tu przestroga dla kinomaniaków. Jeśli zdarzy się, że na Twoim miejscu ktoś już siedzi, zanim zaczniesz na niego pokrzykiwać, sprawdź ten sam rząd z drugiej strony... Nie wiem czemu, ale miejsca numerowane są tak: 1 2 3 4 5 ... 5 4 3 2 1 I kolejny raz wyszliśmy na wykłucających się zagranicznych idiotów :-) Architektura. Wspaniała. Mało się interesuję tą dziedziną, ale niektóre budyneczki były naprawdę fantazyjne i cudne. Czasem, spacerując niektórymi uliczkami, miałem wrażenie, że jestem w swoim Krakowie.
Jeden z ciekawszych budynków w Bukareszcie oraz skansen za pajęczyną.
Internet. Za godzinę ok 3PLN, Windows only, z jakimiś dziwnymi zabezpieczającymi skryptami, które można wyłączyć poprzez magiczne "msconfig". Na zgranie zdjęć z karty flasz, czy podpięcie aparatu via USB raczej nie ma co liczyć. Sterowników brak, a prowadzący nie ma instalacyjnego CD. ;-) Poczta. Tutaj duży minus. Skrzynek pocztowych jak na lekarstwo. Urzędów poczty też. Nieźle musiałem się naszukać, żeby znaleźć dziurkę na listy :( Z innych ciekawostek Bukaresztu: Nie polecam wymiany pieniędzy w tzw. automatach rumuńskiego narodowego banku -- pobierają największą prowizję. No i to tyle na dzisiaj, oczy od niskiego odświeżania przy tym monitorze bolą mnie strasznie -- pora kończyć. W ostatnim odcinku opowieści na temat podróżowania po Rumunii umieszczę fotoreportaż z wyprawy do Zamku Draculli, jakieś wspominki i opis drogi powrotnej do Polski ;-) Znalazłem jeszcze jedno zdjęcie do poprzedniego wpisu:
Tak wyglądają rumuńskie pieniądze Koniecznie zobacz następną część zapisków z Rumunii (ostatnią).
• Następny post:
Gitara. Rzecz o urządzeniu dostępowym.
Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat? Komentarze:
|
|||||||||||
|
|
|||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|