Wtorek, 31 stycznia 2006 :: 14:59:20
Ostatnio pisalem o tym, czy komórka moze spowodowac katastrofe lotnicza... Wywiazala sie ciekawa dyskusja, a jednym z wnioskow byl ...brak zasiegu telefonu, ktory daleko ma do najblizszego BTS-a.
Wracajac wiec do tego zagadnienia, przygotowalem tekst o latajacych BTS-ach (przeczytaj calosc), ktore podwieszane sa na lateksowych balonach wypelnionych wodorem. Balony umieszcza sie w stratosferze, ponad korytarzami pasazerskich linii lotniczych. Ich celem jest zapewnienie zasiegu GSM na ziemi, wiec sila rzeczy i ludzie w przelatujacych samolotach beda mogli korzystac ze swoich komorek ;-)
Znów pisze nie od siebie, wiec bez ogonków, wybaczcie. (jedynie ó dziala ;-)
Poniedziałek, 30 stycznia 2006 :: 14:35:11
Kontynuujemy wątek hackerski, tym razem pisząc o prawdziwych hackerach ;-)
Pewnie już wiecie, że na łamach DI ukazał się wywiad, który przeprowadziłem z lcamtufem, czyli znanym wszystkim Michałem Zalewskim. (Tak, to ten co właśnie nabazgrał książkę Silence on the Wire, i ten co odkrył dziurkę wykorzystaną w Matriksie :-)
Rozmowa jest dość długa, więc nie będę jej przytaczał. Na zachętę powiem jednak, że Michał zdradza swoje plany na przyszłość, opowiada o życiu prywatnym i o dopiero co ukończonej książce... A jeśli ktoś potrafi czytać między wierszami, to dowie się jeszcze kilku innych ciekawych rzeczy. Zapraszam do lektury!
Na marginesie dodam, że właśnie skończyłem recenzję magazynu hakin9, która niebawem także ukaże się na łamach DI... Od zawsze byłem przeciwnikiem komercyjnych czasopism, czy innych tego typu materiałów uczących "hakowania" (RFC i do przodu!), ale musze przyznać, że poziom przedstawiony w artykułach hakin9u pozytywnie mnie zaskoczył... a na CD nie znalazły się "programy do hakowania", ale ciekawe narzędzia do audytu. No nic, więcej niebawem.
Niedziela, 29 stycznia 2006 :: 23:25:30
Dziś zabiorę was w tajemniczą podróż, kontynuując szkocki powiew na kartach tego dziennika. Jeszcze w zeszłym miesiącu miałem przyjemność wybrać się z wyprawą w Scottish Highlands (czyt. góry ;-). Wędrówka moja zabrała trzy dni, a po drodze zwiedziłem kilka innych atrakcji, w tym: legendarne zamki (ale nie ten w którym kręcono film Monty Python i Święty Graal)
Zanim w ogóle przeprowadziłem się do Szkocji, zrobiłem mały research przy wykorzystaniu internetu, jak to mam w zwyczaju. Po prostu lubię wiedzieć możliwie najwięcej na temat miejsca w którym mam przebywać ;-)
Dowiedziałem się wtedy, że dzikie północne tereny Wysp Brytyjskich są jednymi z najpiękniejszych i najromantyczniejszych na świecie. Znalazłem kilkanaście stron WWW opisujących wyprawy ich autorów w mistyczne Highlandy. Co ciekawe, na każdej z nich wspomniana była płyta Atom Heart Mother grupy Pink Floyd. Ponoć Różowy Floyd nagrał ten krążek właśnie po wizycie na północy Szkocji, która odcisnęła na nich niesamowite piętno...
Nie było więc innego wyjścia, jak przed opuszczeniem Glasgow, wrzucić do playera właśnie tą, jak się potem okazało, perfekcyjnie podkreślająca walory szkockich gór płytę.
Trzeba Wam wiedzieć, że po opuszczeniu granicy hrabstwa Renfrewshire, nie ma już miast jako takich, są jedynie osady i pojedyncze chałupki. (Cóż, Glasgow ostoją miejskości...) Przez okna samochodu, korzystając z nieczęsto zdarzających się w Szkocji chwil kiedy na niebie świeci słoneczko, obserwować mogłem liczne pastwiska i ogroooomne ilości owieczek.
Niektóre z nich wyglądały nieco demonicznie. Głowy miały pomalowane na niebiesko, a puszyste, wełniane dupki na czerwono. Nie mam pojęcia dlaczego -- nie spotkałem też żadnego pasterza, który wyjaśniłby mi ten plastyczny wybieg. Zresztą, wielce prawdopodobne jest, że nawet, gdybym spotkał ów shepherda, nie byłbym w stanie się z nim dogadać, mimo, że mój szkocki akcent jest coraz bardziej native. Ot, na północy mówi się po gaelicku.
Po ok. godzinie jazdy, po raz pierwszy zobaczyłem śnieg w Szkocji...
A chwile potem trafiłem do pierwszego zamku na Atholach, o nazwie Blair Castle (cóż, ten w rzeczy samej jest nietypowy, bo wygląda bardziej jak pałac...) Zamki Szkockie są sławne, przede wszystkim dlatego, że jest ich dużo. Naprawdę, jest ich w cholerę... Szkocja była potentatem tych kamiennych budowli. Co bogatszy stawiał sobie mroczne zamczysko... *ph34r*!
Zamek był o tyle wyjątkowy, że jego właściciel posiadał zezwolenie królowej na utrzymanie jedynej prywatnej armii w Europie (o ile dobrze pamiętam). Obecnie służy jako muzeum i miejsce spotkań myśliwych. Dodatkowo, jest udostępniany np. na śluby (na niektórych zdjęciach zobaczycie nawet panie, kończące dekorować salę -- kilka godzin po mojej wizycie, miała rozpocząć się małżeńska popijawa). Branie ślubów w starych zamczyskach jest romantyczne, i jeśli tylko para młoda ma na to odpowiednie fundusze, szukanie zamku jest wręcz obowiązkiem. A czy Ty już wiesz, gdzie weźmiesz ślub?
Tak już wygląda wnętrze zamczyska, można się nieźle pokłuć ;-) Pamiętacie co napisałem o polowaniach? To tłumaczy trójwymiarową tapetę na ścianach ;-) W tejże Sali ugoszczono mnie lampką grzanego winka (cena wliczona w bilet).
Tak właśnie wyglądał kiedyś żołnierz prywatnej armii stacjonującej w tym zamku.
Nie jestem pewien, czy to naturalny element zamku, czy przywleczony specjalnie na ślub fortepian.
Kto jeszcze ma wątpliwości, że w lochach zamczyska jest mały poligon?
Ale tyłki, to musiały boleć wojaków od takich krzeseł...
Wśród militarnych odznaczeń, trafiłem także na polski akcent. Ktoś ma pojęcie co to za odznaczenie?
Chińskie figurki strzegą specjalnego naczynia do parzenia herbaty na kominku. Całość znajduje się w Tea room, specjalnym pokoju, w którym -- jak wskazuje nazwa -- piło się herbatkę. (Tak, to te fajfokloki ;p)
Widok na ogród zza starego zegara. (Też widzicie trąbę powietrzną?)
Nie należy oddalać się od przewodnika. Po zamku grasują niedźwiedzie. Misiowi, w rzeczy samej polarnemu, widać chłodno, bo schronił się przy kaloryferku... ;-)
Nie obejmuje swoim umysłem szkockiego malarstwa... ale przynajmniej twarze są charakterystyczne.
A tu w końcu coś prawdziwie geekowatego. Stara, haftowana tabliczka mnożenia! ;-)
A także spisany kilkaset lat temu sens życia, czy tablica opłat za przewóz promem.
Poniżej jabberowa zbroja, jak ją nazywam, z racji żarówki nad głową ;-)
I wreszcie przychodzi czas na dudy, mylnie nazywane przez niektórych kobzą.
Jedno z moich ulubionych zdjęć; nie mam pojęcia co przedstawia, ale spójrzcie na wyraz twarzy tych państwa na zdjęciu. Niewątpliwym elementem humorystycznym jest też to koło...
Poznajcie Marka. Marek był niegrzeczny i teraz straszy... Przy okazji rada; nigdy nie podnoście w szkockim lesie rąk do góry widząc myśliwego. Myśliwi to zazwyczaj niedowidzący staruszkowie, a podnosząc do góry ręce, przypominacie im jelenia, na którego polują... pif-paf i jestescie obok Marka.
Pr0n!!!1one11!1 Damulka, i staaare gry planszowe były jedynymi rozrywkami strudzonych wojaków... Ach, zbierali jeszcze pukle dziecięcych włosów...
Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji!...
...i świętego młotka!
A tu już unikalne hafty. Ponieważ szkodzi im światło, należy je odkryć jedynie podczas oglądania, a już na pewno nie robić zdjęć z flashem. *EG*.
Z hafcianago pokoju trafiamy do pokoju z porcelaną... Wszystko było zastawione ...zastawą :-)
I koniec wycieczki. Wychodzimy od razu na sklep. To sprawdzona szkocka praktyka. Z każdego punku, który można zwiedzać jest jedno wyjścia, przez sklep właśnie.... Od razu można kupić milion różnych pierdółek związanych ze zwiedzanym miejscem.
Bambi przywita się niebawem z kulką :( Ale czego nie robi się dla rozrywki...
Ostatni raz patrzymy na zamek i ruszamy w dalszą drogę. Do Loch Ness daleko...
ciąg dalszy nastąpi..., zobacz opisaną trasę na mapach Google'a.
Sobota, 28 stycznia 2006 :: 17:08:13
Jing i Jang. Dobro i zło. Białe i czarne. Dobry glina, zły glina... Świat opiera się na kontrastach, krańcowe pozycje są wyraziste, a środek uśredniony do nic nieznaczącej szarej masy...
W sieci jest tak samo. Są i ci dobrzy i ci źli i miliony internautów będących pożywką dla jednych i drugich. (Są też tacy, których motto brzmi "Don't be evil", a w między czasie ograniczają wolność obywatelską...)
Dziś na stronach Chipa znalazłem ciekawy artykuł o hackerach walczących z hackerami. Autor w tekście opisuje, jakie metody wykorzystują kryminalistycy w walce z przestępstwami komputerowymi. Mają np. takie walizeczki:
Z artykułu dowiemy się np. jak komunikowali się terroryści z Al-Kaidy:
(...) wpadli na genialny w swej prostocie pomysł - mieli serwer pocztowy, który jednak nie wysyłał żadnych wiadomości. W jaki sposób zatem dochodziło do wymiany informacji? Każdy z wtajemniczonych członków siatki miał taki sam login i takie samo hasło do serwera. Po zalogowaniu terrorysta pisał maila, który nigdy nie był wysyłany, lecz zapisywany jako szkic. Następnie inna osoba sprawdzała, co znajduje się w szkicach i dodawała swoje informacje. Działanie to nie generowało ruchu pocztowego, a terroryści bardzo skutecznie porozumiewali się ze sobą, uniemożliwiając namierzenie. (...)
Jest też kilka słów o Otwartym Oprogramowaniu:
Systemem operacyjnym najbardziej odpowiadającym większości kryminalistyków jest Linux. Podyktowane jest to kilkoma względami. Przede wszystkim system ten jest przejrzysty, łatwy do zoptymalizowania dla szerokiej gamy platform sprzętowych, ma wysoki współczynnik bezawaryjności, a wybór dostępnego oprogramowania do analizy śladów jest ogromny.
I na koniec trochę policyjnych statystyk:
Kompetencje do walki z przestępczością komputerową ma obecnie Centralne Biuro Śledcze, zatrudniające wysokiej klasy specjalistów. Są więc duże szanse, że już niedługo w każdym mieście będziemy mogli spotkać Sherlocka Holmesa z laptopem. (...)
Według raportów CERT-u liczba incydentów kryminalistycznych w naszym kraju, wzrosła z 50 w roku 1996 do 1222 w roku 2004. (...) Liczby nie uwzględniają "zwykłych" włamań do domowych komputerów, których się po prostu nie zgłasza, a po drugie, nie obejmują około 75% włamań do Bardzo Dużych Banków. Dzieje się tak ze względów prestiżowych - ogłoszenie, że instytucja finansowa padła ofiarą hakerskich poczynań, odbiłoby się na jej renomie i przyniosło ogromne straty. Firmy takie w większości przypadków starają się załatwić sprawę bez rozgłosu.
Cóż, od dawna wiemy, że środowisko geeków jest penetrowane przez różnego rodzaju służby bezpieczeństwa (Złap agenta federalnego, to popularna zabawa na DefConie).
Ale nie tylko służby bezpieczeństwa interesują się tym, co w hackerskiej trawie piszczy... Pewna firma, (ha! właściwie to duża międzynarodowa korporacja -- nazwy nie wymienię) zatrudnia osoby, których głównym zadaniem jest "wkręcenie" się w tzw. e-społeczności podwyższonego ryzyka, (niektóre grupy usenetowe, kanały IRC, etc...). Więc uważajcie, może^Wjesteście obserwowani!
Piątek, 27 stycznia 2006 :: 15:08:53
Tego nie wiadomo. Wiadomo, że w sieci pojawiły się screenshoty ukazujące prototyp nowej strony z rezultatami Google'a. [Update: obecnie widać temat tak popularny, że ImageShack wymiękł!]
 Screen ukradłem z digg.com
Czy są prawdziwie? Tego nie wiadomo. Żadnych oficjalnych relacji, ani powtarzalnego efektu nie ma. Autorzy twierdzą, że tylko czasem, (nie wiadomo od czego to zależy) strona z wynikami prezentuje się w nowej formie.
Ale czy mamy powód aby im nie wierzyć? Pamiętacie doniesienia sprzed ok. roku? Kiedy to Google testowała inną swoją zmianę na stronie z rezultatami? (Dodane zostały wtedy bezpośrednie linki do znaczących części portalu, zaraz pod jego wynikiem -- zróbcie ^G onet, to sami się przekonacie). Wtedy też, przez długi czas nie było żadnych oficjalnych informacji, a jedynie screenshoty...
Dla przypomnienia i odświeżenia, polecam zapoznać się z tym, jak wyglądała pierwsza wersja wyszukiwarki BackRub... oops, przepraszam, Google! ;-)
I jak, podoba się Wam? ;-)
Czwartek, 26 stycznia 2006 :: 22:06:02
Z dnia na dzień jest Was coraz więcej Drodzy Czytelnicy, co zresztą bardzo mnie cieszy! :-) Z tego powodu, a przede wszystkim dla Waszej wygody przygotowałem nowy kanał RSS dla mojego Joggera. Wszystkich obecnych subskrybentów proszę o zmianę adresu na: http://feed.feedburner.com/piko.
Korzystając z usług serwisu Feedburner dopieściłem źródło subskrypcji, więc nie powinno już z nim być żadnych problemów. Ale licho nie śpi, więc jeśli pojawiają się Wam jakieś błędy, dajcie mi znać.
Użytkownicy przeglądarek Opera i Firefox (?) już w pasku adresu zobaczą ikonkę [RSS] po kliknięciu której będą mogli zasubskrybować mój kanał we wbudowanych czytnikach. Dla reszty, w prawej kolumnie tej strony widnieje ikonka , którą można przeciągnąć do swojego ulubionego czytnika RSS (lub po prostu na nią kliknąć).
Przy okazji, kto z Was wiedział, że w feedzie można umieszczać reklamy Google Adsense?
Środa, 25 stycznia 2006 :: 19:22:12
Wizytując kanał IRC, podczas rozmowy z ike, wpadłem na pomsył implementacji sprawdzania pisowni w Joggerowym Bocie / interface'ie do dodawania wpisów via WWW.
Algorytm
Zalety:
1. Użytkownik może zdefiniować flagę w ustawieniach konta/bota, która pozwala na całkowite wyłączenie modułu sprawdzania pisowni, czyli bot działa tak jak dawniej, więc Ci co nie chcą zmian, nie marudzą.
2. Mnogość słówników ortograficznych języka polskiego, rozwijanych na bieżąco
3. Więcej poprawnych notek na joggerze :-)
Wady:
0. Nikomu nie będzie się chciało zaimplemenotwać ;-)
1. Przy włączonym sprawdzaniu pisowni, czasem umyślnie/świadomie chcemy przemycić jakiś błąd -- trzeba będzie ustawić flagę ręcznie (podobnie jak robimy z <LEVEL1>). Pytanie czy przed danym słowem, np. <IT> od Ignore This, czy dla wszystkich, np. na końcu notki <IA> od Ignore All? Z racji kiepskiej interaktywności[1] poprawianie błędów może być żmudne...
[1] - Przy webinterface nie ma problemu, dostajemy przy komunikacje błędu załączony wpis z podświetlonymi słowami, które nie znalazły się w słowniku. Przy bocie, musiałby odesłać całą wiadomość jeszcze raz, zaznaczając jakoś ($*_jak_*$?) błędne wyrazy...
I co o tym myślicie Panowie i Panie?
Wtorek, 24 stycznia 2006 :: 20:01:25
Po kilku bojach uzyskałem w końcu odpowiedź od rzecznika Gadu-Gadu, pana Jarosława Rybusa, na pytania, które od kilku dni stawiał serwis alternatywa.info. Jeśli ktoś z Joggernautów "ciągle/jeszcze" używa GG, to już oficjalnie wie, dlaczego niedochodziły mu niektóre wiadomości.
Poniżej cytuję samą odpowiedź, linkując jednocześnie do pełnego tekstu na łamach DI>.
Wiele osób, użytkowników komunikatora Gadu-Gadu, zwracało się do nas z
prośbą o ukrócenie zjawiska spamu w komunikatorze (spimu). Poza
ograniczeniami, które wprowadziliśmy już jakiś czas temu (np. ograniczona
ilość wiadomości), obecnie dział techniczny GG pracuje nad kolejnymi
rozwiązaniami, które mają zmniejszyć znacznie spim, zgodnie z oczekiwaniami
użytkowników. Prowadzone ostatnio działania mają tylko i wyłącznie taki
cel - wyeliminowanie spim-owych, niechcianych wiadomości. Już otrzymalismy
wiele pozytywnych reakcji od użytkowników. Ograniczenie możliwości
spimowania użytkowników Gadu-Gadu rykoszetem wpłynęło niekorzystnie na tzw.
boty informacyjne tworzone przez użytkowników, otrzymaliśmy e-maile w tej
sprawie. Już podjęliśmy kolejne decyzje - w najbliższym czasie uruchomimy
system autoryzacji infobotów. W związku z tym uruchomiliśmy specjalny adres
e-mail boty@gadu-gadu.pl - prosimy osoby zarządzające infobotami o
przesyłanie na ten adres e-mail zgłoszeń o infobotach, które chcą zgłosić do
autoryzacji. Autoryzacja infobotów będzie naturalnie bezpłatna. Po dokonaniu
pozytywnej autoryzacji będziemy umożliwiać działanie autoryzowanego
infobota. Mamy nadzieję, że wprowadzone zmiany z jednej strony ograniczą
spim, a z drugiej pozwolą się rozwijać wielu infobotom.
Osobiście, bardzo się ciesze, że GG uwolni się w końcu od spimu, nawet jeśli ma to się wiązać z chwilową usterką infobotów (z których nie korzystam). Koniec z Anią, która będzie prosić o 4 nad ranem o kliknięcie linku z jej zdjęciem! :-)
Wtorek, 24 stycznia 2006 :: 17:17:05
Kilka dni temu, w komentarzach do artykułu Google ma chrapkę na lotniska Czytelnik zapytał mnie, jak to naprawdę jest z tymi komórkami. Dlaczego linie lotnicze nie pozwalają nam ich używać, trąbiąc o zakazie włączania komórki na pokładzie praktycznie przy każdej z możliwych okazji…
Na krakowskich Balicach jeszcze w poczekalni słychać prośby o wyłączenia telefonów komórkowych. Na pokładzie natomiast, zaraz po zajęciu miejsca, kiedy stewardessa rozpoczyna swoje machanie rękami (czyt. obrazowanie dróg ewakuacji) komunikat dot. zakazu korzystania i bezapelacyjnego wyłączenia telefonu komórkowego pojawia się co najmniej dwa razy, rozpoczynając i kończąc przedstawienie załogi samolotu.
Na dokładkę, przy kołowaniu, o tym by wyłączyć telefon komórkowy przypomni sam pilot!. I znów, jakby przez przypadek, zdarzy mu się o tym wspomnieć w połowie lotu, między statystyką: jak wysoko i jak szybko tniemy chmurki...
Wreszcie, zaraz po wylądowaniu, final warning: You are still not allowed to use any of electronic devices. Paranoja?
Zastanówmy się... Od dawna wiadomo, że nie wszyscy ludzie są bystrzy, wystarczająco bystrzy. Na liczbę pasażerów przewożonych (przelatywanych? :) samolotami na pewno zdarzy się niejedna sierotka, która i tak, pomimo tysiąca zakazów nie wyłączy/zapomni wyłączyć swój telefon. Co wtedy!? Are we all going to die!?
Prostym wyjściem byłoby zbieranie/depozyt telefonów komórkowych pasażerów przed wejściem na pokład i ich "komisyjne" wyłączanie. Wtedy załoga samolotu byłaby pewna, że nikt nie naruszy bezpieczeństwa lotu przypadkowo niewyłączną komórką… Ale tak nie jest? Dlaczego?
Dlatego, że komórka nie ma wpływu na "delikatną aparaturę samolotu". Jedyne co może się pojawić, to interferencja w słuchawkach/głośnikach spowodowana falami magnetycznymi. Teoretycznie, komórka potrafi odchylić igłę magnesu -- ale przecież pasażerowie nie są w stanie umieścić swojego włączonego telefonu komórkowego w kabinie pilota, zaraz przy aparaturze pomiarowej -- a sam pilot, chłop cokolwiek bystry, na pewno wyłączył swój telefon. Prawda?
Powody, dla których liniom lotniczym tak bardzo zależy na tym, aby komunikat o wyłączeniu komórki do nas dotarł są raczej prozaiczne:
- Niech pasażerowie myślą, że się o nich troszczymy. Uspokoją się.
Wiele osób boi się latać. Słysząc komunikaty bezpieczeństwa mają wrażenie, że załodze naprawdę zależy na bezpieczeństwie i że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ot, psychologia. Prośba o włączenie komórki uspokaja i pokazuje bądź co bądź troskę i profesjonalizm załogi.
- Niech pasażerowie płacą za wykonywanie połączeń telefonicznych – ale nam, a nie swoim sieciom komórkowym. *EG*
Kto korzystał z telefonu pokładowego, na kartę kredytową, ten doskonale wie jak cholernie szybko pożera gotówkę... Wredne to, ale business is business.
I wreszcie, ostatnio miałem przyjemność lecieć liniami Ryanair. Ci to dopiero… kuchenkę mikrofalową mieli! A postawcie Access Pointa (WiFi) obok kuchenki mikrofalowej to zobaczycie o co mi chodzi. A potem postawcie AP obok telefonu komórkowego.
Dodam jeszcze, że ta kuchenka mikrofalowa umieszczona była zaraz przy kabinie pilotów, na jej tylnich drzwiach niemalże, a co najmniej 1/4 z pasażerów zamówiła hot-dogi :-) I nie spadliśmy. Hurra!
ON BOARD WARNING: Jeśli masz pokusę, by nie wyłączyć telefonu komórkowego następnym razem, kiedy siądziesz w fotelu lotniczym, to pomyśl dwa razy... Ile zawałów może wywołać dźwięk przychodzącego SMS-a wśród siedzących obok Ciebie pasażerów?
Przy okazji szukania informacji do tego wpisu, ^G podunęło mi bardzo ciekawy, mimo że dwuletni już artykuł...
Poniedziałek, 23 stycznia 2006 :: 00:21:39
UPDATE: Wywiad został opublikowany, zapraszam do lektury!
Właśnie ukończyłem artykuł, który na dniach powinien ukazać się na łamach Dziennika Internautów. Opowiada on o polskiej blogosferze, a raczej o jej dynamicznym rozwoju.
Zrezygnowałem z opisywania dwóch świeżych serwisów -- 10przykazan i Blogfroga -- ich autorzy zrobili to za mnie! Stąd, artykuł przyjął formę wywiadu... ;-)
Serdeczne dzięki za czas dla mnie i pracę na rzecz polskiej blogosfery Patrysowi, nbw i Tomkowi Karwatce. Powodzenia!
PS: A że u mnie, jeszcze się niedziela nie skończyła, kiedy to pisze... to podlinkuję wybór złotych cytatów Radia Maryja (mp3). Polecam nr 35. Miłego poniedziałku!
Sobota, 21 stycznia 2006 :: 20:43:31
Statystyki są dobre. Mówią jakiej rozdzielczości używają nasi czytelnicy, z jakich przeglądarek korzystają, czy wreszcie -- po jakich słowach wchodzą na naszą stronę...
Niestety, statystyki nie powiedzą Ci niczego o płci internauty, ani o tym, jak poczciwa jest z niego osoba (w drugim przypadku pomóc mogą logi serwera/apache'a :>). BTW płci... czy czytają mnie w ogóle jakieś kobiety? O dwóch wiem, reszta niech się ujawni w komentarzach... ;-) Tak, to jest zalotna emotka...
Statystyki nie powiedzą Ci także, czy trafisz do nieba, ani jak bardzo jesteś gejem...
Mogą jednak spróbować :-)
Na forum Dziennika Internautów, (z którego ledwie zacząłem korzystać, z czestotliwościa bliską zeru, bo forow nie lubię i rejestracji też nie lubię -- ach, ten oldschoolowy Usenet, który do cna pożera mą duszę...) znalazlem wątek, gdzie wiedzma podała link do flashowej psychozabawy. W odpowiedzi, jeden z redaktorów DI, Marcin Maj zaprosił do kolejnego testu...
Za testami też nie przepadam (ależ ja jestem wybredny!) ale te dwa *są* godne uwagi... zwłaszcza bezwstydne pytania pierwszego z nich ;-)
Odnośnie muzyki w drugim teście... Podobny wątek jest w tej, znakomitej śmiesznej reklamie piwa -- polecam nie tylko piwoszom.
Czwartek, 19 stycznia 2006 :: 17:40:13
No i stalo sie to, na co czekalismy od dawna; po swojej, jabberowej stronie mamy juz pierwszego z duzych corpies - Google. Tak, Google sie otworzylo na swiat, zasilajac tym samym lokalne gwiazdki typu Wirtualna Polska, ktore opieraja swoje portalowe komunikatory na protokole Jabber/XMPP i umozliwiaja komunikacje z uzytkownikami z poza wlasnej sieci.
O szczegolach zapewne wiedza juz wszyscy, bo jak mawiaja starzy gorale, dobra informacja szybko biegnie lasem. Jesli jednak ktos chcialby lyknac troche danych nt. Google Talk i polskiego swiatka Jabberowego (okraszonych, oczywiscie, solidna, joggerowa propaganda ;-) -- zapraszam do lektury artykulu na DI:
Google Talk włączony do rodziny Jabbera! (W komentarzach do tekstu trwa pchli targ -- mozna za darmo zdobyc zaproszenia do wyprobowania komunikatora Google Talk!).
Sobota, 14 stycznia 2006 :: 23:46:56
Pamiętacie obrazki, które trzeba było przykładać niemalże do nosa i powoli odsuwać, by zobaczyć trójwymiarowe kształty? Zazwyczaj były to mniej lub bardziej ciekawe wzory pokryte pstrokatą teksturą... My jednak nauczymy się jak stworzyć barwne i niesamowicie realistyczne trójwymiarowe zdjęcie – a jedyne co będzie nam do tego potrzebne to zwykły aparat!
Krok 0. Wujek dobra rada...
Wszystkie kroki opisane poniżej można łatwo wykonać bez komputera i aparatu cyfrowego. Jednakże, zwłaszcza na początku, zanim dojdziemy do wprawy w tworzeniu zdjęć 3D, wygoda i szybkość pracy z cyfrowym obrazem (na aparacie i ekranie komputera) może nam bardzo ułatwić wykonanie zadania.
Poniższe zdjęcia służą jako proste ilustrację. Przy tworzeniu własnej trójwymiarowej fotografii, dla lepszego efektu wizualnego staraj się robić zdjęcia duże (w dużej rozdzielczości) i ograniczaj ich kompresję.
Krok 1. Robimy zdjęcia dwa
Dlaczego dwa? Po jednym na każde oko. Zdjęcia będą się minimalnie różnić od siebie, ale właśnie ta różnica kreatywnie wpłynie na nasz mózg, który nakładając obie fotografie stworzy wrażenie trzeciego wymiaru tj. głębi zdjęcia.
Wybierzmy zatem obiekt, który chcemy sfotografować. Najlepiej, żeby był dobrze oświetlony. Najlepszy efekt uzyskamy fotografując np. drzewo skąpane we mgle o wschodzie słońca – ale o takie warunki raczej ciężko, więc zacznijmy od czegoś prostszego...
Po zrobieniu pierwszej fotki postępujemy wg schematu:
Znajdujemy sobie charakterystyczny punkt w kadrze. (Tutaj jest to noga stolika, widziana w lewym górnym rogu zdjęcia, oznaczona czerwoną kropką). Zapamiętujemy odległość wybranego punktu od dwóch brzegów zdjęcia (u nas: krawędzi ekranu LCD na cyfrówkach). Robimy kilka kroków w prawo (symbolizowanych przez czarną strzałkę na schemacie).
Oczywiście obraz widziany na ekranie LCD czy w wizjerze zmieni się odrobinę -- w końcu zmieniliśmy pozycję. Następnie na nowo kadrujemy zdjęcie, ustawiając aparat tak, żeby wybrany wcześniej charakterystyczny punkt (czyli noga stołu, czerwona kropka) znalazł się w tym samym miejscu na wizjerze/ekranie LCD co wcześniej.
...i pstryk! Mamy drugie zdjęcie. Prawda, że prawie identyczne?
Krok 2. Z komputerem łatwiej...
Żeby nasz mózg złączył dwie, wykonane przed chwilą fotografie w jeden trójwymiarowy, realistyczny obraz musimy mu trochę pomóc...
Otwieramy pierwsze zdjęcie w dowolnym programie graficznym. Po sprawdzeniu jego rozmiarów, tworzymy pusty plik o rozmiarach: wysokość naszego pierwszego zdjęcia, podwójna szerokość naszego zdjęcia.
Teraz, kopiujemy/przenosimy pierwsze zdjęcie do pustego pliku, umieszczając je przy lewej krawędzi.
Następnie otwieramy drugie ze zrobionych przez nas uprzednio zdjęć, i również umieszczamy je w nowym pliku, obok pierwszego zdjęcia, tak aby całość wyglądała jak na obrazku:
Zapisujemy plik. Chociaż jeszcze nie potrafimy jej zobaczyć, trójwymiarowa fotografia właśnie została stworzona!
Ważne jest, by nasze charakterystyczne punkty na obu zdjęciach były na tej samej wysokości, a zdjęcia wyglądały niemalże identycznie. Starajmy się eliminować wszelkie wychylenia aparatu w trakcie robienia zdjęć, ew. spróbujmy naprawić błędy w programie graficznym.
Krok 3. Daj zobaczyć...
Jak oglądać stworzone przez nas zdjęcie, by dostrzec trzeci wymiar? Otwieramy zdjęcie zawierające dwie, wykonane przez nas fotografie obok siebie. Powiększamy widziany obraz na całą szerokość monitora i odsuwamy się od niego na odległość ok. 50 cm. Teraz, postępujemy wedle przepisu:
*** 0. Nie jest istotne, czy nosisz okulary – możesz je zdjąć lub zostawić.
*** 1. Trzymaj głowę na wprost monitora, tak by wzrok padał na niego pod kątem prostym.
*** 2. Widzisz dwa obrazki obok siebie. Patrząc na nie zrób zeza i zauważ, że niektóre obiekty widzisz podwójnie – np. fragmenty monitora, który przesuwa sie i nachodzi na swój drugi, pozorny obraz.
To samo dzieje się z naszą fotografią. Przy zrobieniu zeza widać nie jedną podwójną fotografię, a dwie. Czyli w sumie 4 zdjęcia figurek:
Zdjęcia zostały oznaczone: lewe -- niebieską literką A, prawe -- niebieską literką B. Po wykonaniu zeza pojawia się pozorny obraz. Na pozornym obrazie odpowiednie zdjęcia posiadają te same oznaczenia, ale w kolorze czerwonym.
Zauważ, że przy robieniu zeza, dwa zdjęcia nachodzą na siebie. Zdjęcie oznaczone czerwoną literką A nachodzi na zdjęcie oznaczone niebieską literką B (zielona obwódka na ilustracji).
Postaraj się tak sterować zezem, by zdjęcia te naszły na siebie całkowicie. To proste, jednak szybko zauważysz, że zdjęcia są rozmyte...
Kluczem do zobaczenia trójwymiarowego zdjęcia jest sprawienie by środkowe zdjęcie, powstałe z nałożenia dwóch zdjęć (czerwone A i niebieskie B), stało się wyraźne. Jest to najtrudniejsze zadanie, kilku osobom nie wychodzi w ogóle... Ale jeśli tylko potrafiłeś wcześniej dostrzec trójwymiarowe figury na "pstrokatych" obrazkach, to i z tym sobie poradzisz -- zasada jest bowiem taka sama.
Steruj ostrością wzroku tak, jakbyś chciał zobaczyć wyraźnie coś, co jest za monitorem. Nie skupiaj się na środkowym zdjęciu, a zauważ, że kiedy patrzysz "za monitor" ostrość zdjęcia samoistnie się poprawia.
Poznałeś zatem mechanizm. Potrenuj i dostosuj go do swojego organizmu, a gwarantuję, że za kilka minut będziesz umiał zobaczyć trójwymiarowe zdjęcie "z marszu".
Ostrzegam jednak, kiedy ja po raz pierwszy zobaczyłem tego o typu trójwymiarowe zdjęcie, z wrażenia i podziwy wydałem kilka słów nie nadających się do zacytowania...
Krok 4. Radami zaczynamy, radami kończymy
Jak zapewne zauważysz przy robieniu zdjęć, im dalej jest fotografowany przez ciebie obiekt, tym więcej kroków w bok musisz zrobić, by uzyskać satysfakcjonującą głębie. Do wszystkiego musisz dojść eksperymentalnie. Zapewne zjawisko to rządzi się fizycznym prawem, jednak ja go nie znam i dlatego, nie podam żadnego wzoru na doskonałe zdjęcie 3D...
Dobrą zabawą może być fotografowanie ludzi (bądź ich twarzy), o ile tylko potrafią zastygnąć na chwilę bez ruchu. Zwróć też uwagę na to, że robiąc zdjęcia w ruchu ulicznym, czasem zdarzy się, że na "lewym" zdjęciu znajdzie się jakiś obiekt, który na "prawej" fotce będzie już w innym miejscu (np. autobus). Wtedy, na 3D taki obiekt wygląda jak widmo i psuje kompozycję, staraj się więc unikać podobnych sytuacji.
Ciekawe natomiast jest to, że nawet jeśli złączysz dwa niezbyt wyraźne zdjęcia to mózg, złączając je stworzy ostry obraz!
To prawda, że tworzenie zdjęć 3D wymaga trochę czasu, zarówno przy fotografowaniu (w końcu musisz zrobić dwa zdjęcia) jak i przy obróbce (są specjalne programy wspomagające robienie zdjęć 3D, niestety płatne). Prawda jest jednak taka, że jeśli tylko chcesz zapamiętać coś takim, jakim jest naprawdę, warto utrwalić to w postaci zdjęcia 3D. Ja w większości robię już tylko takie zdjęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o zabytki czy krajobrazy!
Poniżej zamieszczam kilka fotek, na których możesz potrenować oglądanie, zanim zaczniesz tworzyć swoje zdjęcia!
Zwróc uwage na szyby i wnetrze pokojow widoczne na trzecim zdjeciu...
Na pierwszej fotce mozecie zobaczyc jak wyglada dworzec kolejowy w Glasgow... :-)
Pierwsze zdjecie jest moim ulubionym. Gra swiatel w 3D jest niesamowita... Podobne wrazenia na ostatnim zdjeciu w tej serii -- tu jednak jasniejsze otoczenie. Zwroccie uwage, ze zdjecie w 3D jest ostre, w przeciwienstwie do zwyklego...
Tu natomiast piekny przyklad glebi...
Zobacz inne stereogramy... http://www.3dphoto.net/stereo/stereo.html
Wszelkie prawa, w tym autorskie do wszystkich zdjęć i ilustracji wykorzystanych w tym artykule są zastrzeżone. Nie można ich kopiować, rozpowszechniać, modyfikować i bezpośrednio do nich linkować. Można natomiast linkować do tej strony WWW, zawierającej treść tego artykułu wykorzystującego w/w fotografie i ilustracje.
Piątek, 13 stycznia 2006 :: 23:02:33
Dzieci juz spia, wiec chyba mozna... Ponizej tekst, ktory napisalem do DI, w jego oryginalnej formie, bez korekty :P Lagodna wersje mozecie przeczytac tu: Intymny masażysta przez USB.
Modlitwy milionów kobiet zostały wysłuchane. Właśnie powstał pierwszy programowalny wibrator podłączany do portu USB!
Urządzenie będące owocem długoletnich badań, zostało wreszcie wyprodukowane w Wielkiej Brytanii i przyjęło nazwę Je Joue.
Je Joue jest sterowany za pomocą plików (tzw. Grooves), w których zapisana jest informacja jak wibrator ma się poruszać. A tu możliwości są ogromne – urządzenie jest w stanie wykonywać niezliczone kombinacje najbardziej fikuśnych ruchów dających wrażenie gry wstępnej. Podczas zabaw z Je Joue nie dochodzi bowiem do penetracji...
Standardowo, urządzenie ma wgrane 10 plików zawierających przepis na półgodzinną dawkę przyjemności. Kobiety mogą jednak ściągać nowe Grooves z internetu.
Do zarządzania Je Joue wymagane jest specjalne oprogramowanie (w zestawie), zwane PleasureWare, które może zostać zainstalowane na Macintoshach i komputerach PC. Pozwala ono na umieszczanie plików Grooves w wibratorze podpiętym do komputera przez USB, a jako bonus, kobiety mają możliwość przesłania swoich Grooves do koleżanek za pomocą poczty elektronicznej.
Producent twierdzi, że urządzenie testowane było przez 150 kobiet, z których 90% wyraziło chęć zakupu produktu natychmiast po testach. Dodatkowo, 75% stwierdziło, iż Je Joue jest lepszy od jakiejkolwiek innej seksualnej zabawki, a 24% pań brutalnie potraktowało swoich partnerów stwierdzeniem, że są gorsi od programowalnego wibratora.
Przyjemność niestety kosztuje, i to całkiem sporo. Urządzenie jest sprzedawane za 225 GPB (1300 PLN).
Oj, biada nam panowie... Panie, które onegdaj postrzegały komputery jako zło całego świata, bo odbierały im nas, mężczyzn, obecnie mogą w "blaszakach" ujrzeć nowe możliwości, które drastycznie zmienią stosunki damsko męskie... Więc jak? Zaprosiłeś już swoją kobietę na kolację dziś wieczór?
Środa, 11 stycznia 2006 :: 20:03:56
Przyzwyczajcie się. Gadżet -- to słowo, kojarzone onegdaj jedynie z kreskówkowym inspektorem (ach, pamiętne Go, go, gadżet sanki!) zmienia współczesny świat IT. Co więcej, zmienia też modę -- styl, czy jak kto woli "lans".
Ostatnio w Vegas, magicznej mecce światka komputerowego, odbyły się targi elektroniki użytkowej. Oprócz spięć na linii Google - Microsoft, zajmowano się głównie malutkimi electronic devices, o których marzą i nastolatkowie i biznesmeni i tzw. "kury domowe"...
Małe, poręczne, obracane, kolorowe, przeźroczyste, o smaku gruszki i pietruszki... Jest ich dużo i powstaje coraz więcej. Czysta elektronika po brzegi wypakowana hi-endowymi technologiami. Toż to już nawet samochody produkują z wbudowaną konsolą Xboks! A ja się pytam:
Dokąd zmierzasz gadżecie? (na przykładzie telefonu komórkowego)
Na co komu multimedialny telefon, z przeglądarką internetową, która mimo, że "wypasiona" i posiadająca 90% funkcji swojego desktopowego odpowiednika i tak "zepsuje" mi stronę internetową. Viva małe ekrany i "wygodne" telefoniczne klawiatury... No po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu "swobody" przeglądania stron WWW i basta!
Na co komu wbudowany w telefon "odbajerowany" aparat fotograficzny; taki z 10-krotnym zoomem, możliwością kręcenia filmów (niestety "klatkowanych") w dodatku i tak przekłamujący kolory i co najważniejsze z zawsze brudnym obiektywem? (Coż on na to poradzi, że właściciel w kieszeni wybielanych jeansów nosi też czekoladki?)
Dublujące się funkcje
Właśnie to mnie niepokoi. Mam cyfrowy dyktafon, dobry. Mam też cyfrowy aparat, także niezły. W końcu mam świetnego notebooka. I mp3 playera też mam. Czy potrzebuje dublować w/w urządzenia w telefonie komórkowym? Czy musze płacić więcej za komórkę, wypchaną najnowszymi podzespołami, które co prawda wykonują te same funkcje co reszta moich gadżetów, ale gorzej od poszczególnych z nich? Czy aby nie wciskają mi kitu?
A gdyby tak zacząć produkować dobre, ale proste rzeczy, przeznaczone tylko do jednego? Nie wierzycie w sukces? Patrze wyszukiwarka Google. Na głównej stronie portalu tylko formularz do wyszukiwania... Drugi przykład, bardziej gadżetowy, iPod. Cóż na tym zrobić można poza słuchaniem muzyki? Przeraża nie jego popularność o_O.
Boli mnie to, że uaktualniając sprzęt, musze zawsze coś przy okazji zdublować. Ot, tak wychodzi. Jak dyktafon, to często z radiem. Jak pendrive USB, to z mp3 playerem...
Z drugiej strony, tachać te wszystkie pojedyńcze urządzenia (i baterie do nich) ze sobą na plaże, tylko po to, żeby zrobić zdjęcie aparatem, nagrać kilka słów na dyktafon, zrzucić to na laptopa i za jego pomocą wysłać MMS-a? Z trzeciej strony, chodzić tylko z komórką, która ma te kiepskie odpowiedniki wszystkich urządzeń i zepsuć za jej pomocą zdjęcie wspaniałego billboardu ze śmieszną reklamą (bo ja hobbysta-pasjonat)? Z czwartej strony, zostać przy swoim 5-letnim telefonie, który ma funkcje telefonu i wysyłacza SMS-ów i nie móc przetestować najnowszej Opery Mini, która "przyszła" do redakcji? Jasna cholera! Troche przykro... (Bo argument inni mają fajne rzeczy a ja nie, jakoś nigdy do mnie, aspołecznika gadżetowego, nie przemawiał).
Życie człowieka w XXI wieku jest trudne, nawet jeśli stać go na gadżety – które na dobrą sprawę zaczynają być cenione nie za swoje techniczne umiejętności, ale właśnie za urok, jaki dodają właścicielowi...
I na marginesie:
Czyżbyśmy zapomnieli, do czego stworzony został telefon?
Na początku była święta zasada. Programy pisane na systemy *niksowe służyły jednemu i tylko jednemu zadaniu. Osobny program do wyświetlania zawartości pliku, osobny do sortowania, osobny do przeszukiwania.
Wraz z komputerową ewolucją, zaczęliśmy tworzyć software'owe kombajny. Pomogła nam w tym nowa obiektowo-modułowa forma programowania. Dzięki niej, taki klon starego mc, Total Commander, potrafi łączyć się z serwerami FTP, pokazywać pliki OpenOffice, grzebać w rejestrze systemu Windows, przeglądać strony WWW a nawet edytować pliki z gry Quake (sic!).
Moja przeglądarka internetowa oprócz tego, czego od niej wymagam na pierwszy miejscu – szybkiego przeglądania stron WWW, umie czytać RRSy, Atomy, a nawet ściągnie mi pliki za pomocą protokołu BitTorrent!
Z racji tej większej złożoności, aplikacje stały się wolniejsze i bardziej zawodne. Wiadomo, nie ma idealnego kodu, a ilość jego linii jest wprost proporcjonalna do błędów w programie...
Wtorek, 10 stycznia 2006 :: 20:03:06
UWAGA!!!
Prezentacja z wykładu pt. Google Hacking została opublikowana. Można ją ściągnąć ze strony LUMD-u.
PDF z prezentacją jest podwójnej objętości, ponieważ oprócz dużych slajdów zawiera również ten sam zestaw małych, ale i z notatkami. Mam nadzieję, że to ułatwi zrozumienie, czasem małomówiących zagadnień przedstawionych w postaci punktów. Wszelkie pytania prosze kierować na mój adres E-mail/JabberID.
Sam wykład przebiegł gładko. Na spotkanie przyszedł mikroświatek Joggerowy w postaci Viedzmy. Był to pierwszy mój wykład Windows powered i przyniósł za sobą nowe doznania :-) Nie-wiadomo-skąd-ani-dlaczego (jak to zwykle bywa w ważnych momentach) pojawiły się problemy z oprogramowaniem. Linki z prezentacji zamiast w Operze otwierały się w IE... :-)
Nie wyobrażam sobie większej porażki -- ale właśnie na taką mnie skazano :D. Niestety, ponieważ wykład był w trakcie -- już nic nie dało się zrobić.
Sprawa jest o tyle dziwna, że zarówno przed wykładem jak i po (teraz) linki z tej samej prezentacji otwierają się i otwierały się w Operze o_O
Oj siły nieczyste :P
Obecnie przez kilka następnych dni będę spróbował złączyć dwa podcasty z Krakowa i Kielc, ew. coś dograć, żeby tekst mówiony był zgodny z prezentacją wyświetlaną.
I na koniec, na rozluźnienie, ciekawa praca badawcza: Do czego służy Internet?
Poniedziałek, 09 stycznia 2006 :: 19:36:25
Właśnie dowiedziałem się, przez przypadek, że mając stronę z pionowym paskiem przesuwania, klikanie przy marginesach górny/dolny powoduje automatyczne przesunięcie strony. Przydatne, ale ja i tak kółkomyszkuje... :)
Niedziela, 08 stycznia 2006 :: 20:13:48
UWAGA!!!
Prezentacja z wykładu pt. Google Hacking została opublikowana. Można ją ściągnąć ze strony LUMD-u.
PDF z prezentacją jest podwójnej objętości, ponieważ oprócz dużych slajdów zawiera również ten sam zestaw małych, ale i z notatkami. Mam nadzieję, że to ułatwi zrozumienie, czasem małomówiących zagadnień przedstawionych w postaci punktów. Wszelkie pytania prosze kierować na mój adres E-mail/JabberID.
Znany jest już termin mojej prelekcji w Kielcach. Spotkanie odbędzie się we wtorek, 10 stycznia o godz. 16:00 na Politechnice Świętokrzyskiej, w budynku D - sala 107. Wstęp wolny!
Serdecznie zapraszam osoby, które przegapiły czwartkowy wykład w Krakowie. BTW, na czwartkowym wykładzie LUMD pobił swój kolejny rekord -- zainteresowanie i amplituda wieku były ogromne! Miejsc zabrakło, a to już największa sala na AGH-u... :(
Tym razem wykład będzie Opera powered, więc mam nadzieję, że obsługa linków w prezentacji i demonstrowania niektórych technik ataków okaże się wygodniejsza, a przede wszystkim szybsza :-)
Środa, 04 stycznia 2006 :: 16:51:22
Aktualizacja (2008.11.17)
Najnowsza wersja prezentacji Google Hacking (pobierz).
UWAGA!!!
Prezentacja z wykładu pt. Google Hacking została opublikowana. Można ją ściągnąć ze strony LUMD-u.
PDF z prezentacją jest podwójnej objętości, ponieważ oprócz dużych slajdów zawiera również ten sam zestaw małych, ale i z notatkami. Mam nadzieję, że to ułatwi zrozumienie, czasem małomówiących zagadnień przedstawionych w postaci punktów. Wszelkie pytania prosze kierować na mój adres E-mail/JabberID.
Jutro na AGH, w ramach cyklu Linux -- U mnie działa! wygłoszę wykład dot. firmy, a przede wszystkim wyszukiwarki, Google.
Czytaj dalej... # 58 komentarzy
|