Piątek, 30 czerwca 2006 :: 20:58:02
Do zobaczenia. Korporacja mnie dopadła. Na dobre.
Zaczęło się niewinnie, jakieś dwa miesiące temu. IBM opłacił mi samolot do Southampton i zaprosił do siebie. Czarna taksówka czekała pod lotniskiem.

Kampus IBM wyglądał dumnie w ten ponury, deszczowy angielski poranek. (Niestety, zdjęć nie będzie, bo strażnicy IBM-a ograbili mnie z aparatu, a Google Maps nie mają wyraźnych fotkemów.)
Na portierni kazano mi wstukać swoje imię na touch-screenie, a laserowa drukarka wypluła moją kartę-identyfikator. (BTW: Dziwne, że Brytyjczycy nie potrafią wypowiedzieć mojego nazwiska... Czasem używam zapisu fonetycznego: Conetchny, z którym już radzą sobie lepiej ;-)
Z plastykowym ID dumnie wystającym z kieszeni, usiadłem na skórzanej kanapie, a przede mną było ich dwudziestu. Panowie z Oxfordu, pracownicy CERN-u, Niemcy, Turcy, Pakistańczycy, Japończycy. I tylko dwóch Anglików, jeden Szkot. Wszyscy zestresowani, ale przyjacielsko nastawieni.
Były też kobiety ...i Polak. To dziwne, ale swoich poznaje się na Wyspach od razu. Coś jest w tej naszej urodzie, oryginalnego.
To my, ekhm, ekhm wybrani... — druga dwudziestka ze zwycięskiej 40-tki. Ponoć przesiano 60 tysięcy CVs, 20 tysięcy położono na testach online (tzw. IPATO), resztę wyfiltrowano rozmowami telefonicznymi i testami psychologicznymi. Cóż, udało mi się.
Na początek prezentacja przedstawiająca firmę, a raczej sprzęt IBM-a, bo laptopy z których korzystał prelegent... fiu fiu, *cacka!*.
Potem powtórka IPATO. W końcu trzeba sprawdzić, czy nie oszukiwaliśmy, robiąc go wcześniej przez internet. O szczegółowych pytaniach na IPATO nie można mi rozmawiać, podpisałem cyrograf ;-) Reguły są jednak zawsze te same: ciągi liczbowe - podaj kolejną (1 2 3 ?), żmudne i pracochłonne operacje na macierzach, oraz zadania matematyczne (typu: Firma ma 30 działów, w każdym po trzy drukarki (12 stron na minute), pracujące 8h na dobę. Pewnego dnia, z racji presilenia sieciowego, zniszczone zostaje 5 drukarek. Ile godzin więcej muszą pracować pozostałe drukarki, żeby nadrobić stratę?). W macierzach (i tylko w macierzach) można strzelać, nie ma punktów karnych.
Nieoficjalnie dowiedziałem się, że IPATO poszło mi najlepiej z całej grupy. Nie, nie zrobiłem wszystkiego. Powiem więcej, w ogóle nie dotkąłem zadań matematycznych (były na początku) -- doszedłem do wniosku, słusznego skądinąd, że szkoda czasu. (Chyba zaważyło "dorobienie" punktów na ostatniej serii ciągów. Dobrze jest przeczytać całość przed rozpoczęciem wypełniania. Udało mi się dostrzec, że IPATO offline jest przeplatany: ciągi, matma, macierze, matma i znowu ciągi - te końcowe bardzo łatwe).
Po wysiłku przerwa, zgodnie z zasadą, że zreelaksowany pracownik, to pracownik lepszy. Pokazano nam kampus. Hotspoty na każdym rogu, bilard, siłownia, basen, stołówka, a nawet własna biblioteka! Brakowało tylko lamp lava i kul na podłodze, zeby poczuć się jak w Google ;-) (BTW: na stołówce pizza za darmo!)
Po obiedzie, przedostatni etap rekrutacji: Teamwork.
Przyznam się szczerze, że czułem się pewnie. W zespołach różnych pracuję od kilku lat i zazwyczaj nie mam żadnych problemów. Taki ze mnie przyjacielski misio :-). Przewodzić, też przewodziłem. Mało tego, tydzien przed wyjazdem, zawitałem (jeszcze w Glasgow) na spotkanie prowadzone przez trenerów IBM-u, właśnie z teamworku. Trenerzy zajmowali się rekrutacją (co prawda w innym oddziale, ale zasady te same), więc istniało duże prawdopodobieństwo, że ich uwagi będą kluczowe.
Zapamiętałem: We look only for people with strong leadership skills. (To tłumaczyło te wszystkie pytania w aplikacji ;-). Dowiedzialem się, że plusa dostaje się za pilnowanie czasu, za sprawdzenie, czy wszyscy zrozumieli polecenie, etc. (Teamwork polega na tym, ze grupa dostaje zadanie, i ma je opracować w okreslonym czasie). Fajnie pomyślałem, cenne wskazówki się przydadzą — nie zamierzałem jednak wzorować się na macho, skorzystać z aktorskich zdolności i udawać urodzonego przywódcy. I to chyba był błąd...
Niestety, pomimo zastosowania się do wskazówek ternerów z Glasgow, zaproponowania dobrego algorytmu na rozwiazanie zadania, podziękowano naszemu zespołowi. No trudno, może te leadership skills to konik na innym kampusie IBM (cukier?), a może nie podobał im się mój garnitur? ;-)
Protokół wypadł całkiem nieźle, niestety feedback nie zawierał szczegółowych danych, czego zabrakło (ew. czego było zbyt wiele). Żartowaliśmy, że byliśmy tak dobrzy, że nie wierzyli, że jesteśmy prawdziwi :-D
BTW: Istnieje również teoria, ze wielkie firmy już po screeningu CV wiedzą, kogo chcą zatrudnić. Mimo wszystko organizują cały proces rekrutacji, żeby Ci, których zatrudnią, mieli wrażenie, że przeszli niewiadomo jak trudne eliminacje. To ma podnieść poziom wiary w siebie i wzbudzić lojalność w przyszłym pracowniku. Pytanie, czy to warte straty takiej kasy na biletach lotniczych? Szybka kalkulacja mówi, że utopili ok. 50.000 funtów! My sobie latamy, jemy obiady, a wy się dziwicie, czemu laptopy IBM takie drogie.. :-)
PS: Wczoraj zadzwonili do mnie z Philipsa, też Southampton (czyżby to była Dolina Krzemowa UK?). Chcą mnie zatrudnić. Przeprowadzam się ze Szkocji do Anglii. Od pierwszego lipca zaczynam pracę w korporacji...
Rekrutacja? Nie ma sensu opisywać, wszystkie wyglądają tak samo ;)
Post z 23 marca 2006r... jutro samolot.
• Następny post:
Standin' in the dock at Southampton
• Poprzedni post:
Oops they did it again... (Google's UTF problem)
Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat?
Kanał RSS: kliknij tutaj. Subskrybcja poprzez e-mail: kliknij tutaj.