Czwartek, 06 lipca 2006 :: 00:17:49
...i dlatego kocham internet!
Bezinteresowność oraz brak nieśmiałości są fundamentalną cechą kontaktów internetowych. To właśnie dzięki nim, dla sieci głowę straciło już wielu, preferując komputerowe życie ponad szarą codzienność.
Dziś opowiem Wam o zdarzeniu, które przytrafiło mi się całkiem niedawno. Całość świetnie nadawałaby się do programu urzekła mnie Twoja historia..., ale wzbijając się ponad telewizyjny banał — do tej pory jestem dogłębnie poruszony całą sprawą.
Od dawna wiedziałem, że umieszczenie formularza kontaktowego na mojej stronie internetowej, przysporzy mi nie tylko intratnych ofert pracy (hehe, o nich w jednej z następnych notek), ale także zbłąkane duszyczki, szukające help-desku...
I stało się. Nieznajoma mi osoba, zwana dalej Moniką, wystosowała do mnie dość niecodzienną prośbę: Pomóż mi znaleźć mojego dawnego przyjaciela, zwanego dalej Michałem.
Otóż, Monika szukała osoby, z którą w młodości miała dość bliski kontakt emocjonalny. Współna studniówka, plany na życie... Nie wnikając w zawiłości losu, kontakt pomiędzy dwojgiem się urwał, a jedyna informacja, jaką posiadała Monika, to imie, nazwisko oraz kraj zamieszkania Michała.
To nie tak, że Monika uważa mnie za osobę idealną do tego zadania... Postanowiła napisać, bo to zasugerowało jej Google! Michał mieszka w Argentynie, a pytanie: spis abonentow buenos aires prowadzi... do mojego artykułu o VoIP: Gizmo i Skype.
Na blogu Monika wyczytała, że korzystam i chwalę sobie LinkedIn. Sprawdzając ów usługę, udało jej się znaleźć Michała! Pasuje imie, nazwisko i kraj zamieszkania — to na pewno on!
Niestety, LinkedIn nie umożliwia darmowego kontaktu z daną osobą, o ile nie jest ona naszym bezpośrednim kontaktem. Monice, która gotowa była oddać wiele więcej niż $19 za adres e-mail Michałem, na drodze stanął ...brak karty kredytowej. Stąd prośba o pomoc skierowana do mnie. (Hehe, tak, też w pierwszej chwili pomyślałem, że chodzi o phishing ;-)
Ja niestety też nie korzystam z płatnych usług LinkedIn, bo przecież moja romantyczna dusza ciągle żyje hasłami, że informacje w sieci powinny być udostępniane za darmo. Michał nie był też moim kontaktem. Co więcej, nie był kontaktem żadnego z moich znajomych. Jedyna droga prowadziła przez dwóch nieznanych mi LinkedInowych headhunterów, masowo wysyłacych zaproszenia do każdego, kto wydaje im się interesujący...
Napisałem więc pare zdań po angielsku, dołączyłem notkę od Moniki i poprosiłem o przeforwardowanie do Michała, jeśli to tylko możliwe. Warto podkreslić, że oprócz owych headhanterów (Polka i Brytyjczyk), ścieżki prowadziły przez ich połączenia. Aby więc całość odniosła sukces, co najmniej trzy osoby musiały wykazać dobrą wolę (przy założeniu, że prawdą jest, iż wystarczy pięć znajomych znajomych, by dotrzeć do dowolnej osoby na świecie).
Powiem szczerze, nie miałem nadziei. Zazwyczaj headhunterzy kierują się zasadą, że działania które podejmują, muszą mieć dla nich jakąś jasną korzyść — a cóż im przyjdzie z przeforwardowania listu miłosnego? Czy w ogóle go otworzą, wszyscy przecież teraz tacy zapracowani? (Otworzą. Każdy by otworzył, bo dałem taki tytuł: An old girlfriend is dying to contact you! :-). Czas pokaże...
I pokazał. Ekspresowo! Dzień po wysłaniu e-maila rozradowana Monika napisała mi, że Michał się do niej odezwał — wiadomość dotarła! W LinkedIn też czekało na mnie kilka miłych słów: Michał dziękował za kontakt i potwierdzał, że otrzymał wiadomość (via znajomych znajomych brytyjskiego headhuntera — Polska, jak zwykle, wykazała opieszałość...). Ludzie, którzy musieli ją przeforwardować, też napisali parę słów, głównie w stylu: Green light, good luck!.
Monika powiedziała mi, że zrobiłem dobry uczynek. Zrobiłem. Mam nadzieję, że ten jeden wynagrodzi kilkanaście złych, jakie popełniam codziennie ;-)
Dwoje ludzi jest teraz szczęśliwych. Czy przez głupi przypadek czy przez możliwości technologiczne współczesnego świata — to nieistotne. Ważne jest, że sieć ciągle zamieszkują osoby cechujące się bezinteresownością działania oraz altruizmem... i dlatego kocham internet!
Imiona bohaterów zostały zmienione, bez wpływu na autentyczność przedstawianych wydarzeń. (Heh, zawsze chciałem to powiedzieć...)
• Następny post:
Pandora w WC!
• Poprzedni post:
Strzelająca torba na laptopa
Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat?
Kanał RSS: kliknij tutaj. Subskrybcja poprzez e-mail: kliknij tutaj.