Piotr Konieczny

konsultant ds. bezpieczeństwa, podróżnik,
hobbystycznie fuksiarz i gadżeciarz
szkot, prawie spadochroniarz...
nienawidzi zielonego.


« wszystkie wpisy |

Poniedziałek, 14 sierpnia 2006 :: 13:02:00

Ja tu na deszczu moknę, wilki jakieś...

Po wpisie Wygrałem ze śmiercią odezwała się znajoma dusza przypominając mi co następuje, a co zdarzyło się kilka ładnych lat temu:

Mazury. Szkwał. Zrzuca nas, cytując sternika ‘ch@#%wiegdzie’. Obijamy się o brzeg przez całą noc, przycumowani do drzew i na kotwicy. Kobiety boją się, że Tango pęknie... No cóż, w ciemnościach, regularne odgłosy szorowania po kamieniach i mocne kołysanie prowokuje *te* myśli... Baterie w komórkach są nie za bardzo, pogoda jeszcze bardziej nie za bardzo. Następnego dnia kończą się zapasy żywności...

Wyruszam wraz z kumplem na polowanie! Trzeba zdobyć papu i nakarmić plemię :-) Przedzieramy się dzikim borem przez przeszło trzy godziny, aż wreszcie dopada nas zgraja psów. Hm, psiurów, bo pies nie kojarzy mi się z czworonogiem, który ma głowę na wysokości mojego biodra.

Robi się trochę nieswojo. Krótka analiza możliwej drogi ucieczki nie poprawia nam humoru. Nie ma się na co wdrapać, nie ma kogo zawołać, a konfrontacja z czterema psiurskami raczej nie daje szans na najmniejsze zwycięstwo (Przez najmniejsze rozumiem nieodgyryzienie choćby jednej ręki, z preferencjami na prawą).

W takich chwilach przez myśl przychodzą ‘wszyscy Ci idioci’, którzy doradzają społeczeństwu w środkach masowego przekazu, żeby podczas ataku psa udawać drzewo.

-- Dobre sobie. Mam udawać #@#^% drzewo obok czterech, @$%#! wilków! – nie potrafię zapanować nad językiem w trudnych momentach...
-- Ja ^$!@#, może jeszcze powinniśmy szumieć jak liście na wietrze? – wtóruje kompan.

Po przekalkulowaniu szans zdajemy sobie sprawę, że jeśli zostaniemy w tym środku zadupia i psiska nas rozszarpią to nie będzie to ani bohaterska śmierć, a już na pewno nikt nas tam nie znajdzie przez co najmniej kilka tygodni. Ech, Mazury...

Z sercem w przełyku i krwawymi wizjami, postanowiliśmy ruszyć. Do dziś zastanawiam się, czy nie uratowało nas to, że (z czego później zdaliśmy sobie sprawę) szeptaliśmy przez cały czas i w konsekwencji psy pomyślały, że jesteśmy ‘dziwni i niesmaczni.

Docieramy do pierwszego gospodarstwa, psiurska ciągle pałętają się pod nogami, ocierając łby o uda. Nikogo nie ma na podwórku, pukamy do drzwi....

Słychać zbliżający się szum i zza domu wypada jeszcze jeden, podobnych gabarytów pies. Reakcje były podobne:
@*^$%@ - ja
O @#*&@$^ - kumpel

Gospodarz wkurzony, podobno straszymy mu psy (sic!), mówi, że nic go nie interesuje, że się rozbiliśmy i nie mamy jedzenia. Marszczy brwi i dodaje, że to teren prywatny i jak się nie wyniesiemy, to on poszczuje nas psami (!!!), a zwłaszcza Bandytą, rottweilerem, który na nasze szczęście wypoczywa w domu.


Cóż było zrobić. Ruszyliśmy dalej — psiurska na szczęście zostały za nami. Kto wie, może Bandyta była ponętną suczką? :-)

Zaraz przed zmrokiem dostrzegliśmy inne gospodarstwo. Co prawda, widząc je z daleka, mieliśmy wątpliwości, czy chcemy niepokoić właściciela... Dostrzegliśmy bowiem, że przed bramą bryka kolejne duże zwierze, a tych mieliśmy na ów dzień serdecznie dość. Na szczęście, zwierze nie było psem z ociekającym od krwi żeglarzy pyskiem, a krową, w dodatku uwiązaną. Ufff.

Gospodyni, na pytanie, gdzie jest najbliższy sklep odparła:
-- Jeśli chcecie piwo, to mogę taniej. Stary właśnie zlikwidował knajpę — i pokazałą ręką na stodołę w której było pełno beczek piwa!!! (Skarby Mazur? Czyżbyśmy znaleźli Bursztynową komnatę?!). Propozycja była to kusząca i na pewno warto byłoby zobaczyć miny zostawionych na jachcie, gdybyśmy wrócili z beczką piwa i odparli: Sory, nie znaleźliśmy nic innego do żarcia :-)

Dostaliśmy dwa chlebusie, ogórasy i pomidora. Miła pani, nawet nie chciała zapłaty. Odparła: Mam nadzieję, że kiedy moje dzieci będą potrzebować pomocy, ktoś okaże im serce...

Wróciliśmy, troszkę po zmroku, postanowiwszy ominąć strefę psów z dużym zapasem – co wyszło nam na dobre, bo pokradliśmy trochę jabłek (z dzikich jabłoni, ma się rozumieć).

Kawałek chleba z pomidorem nigdy nie smakował wyborniej...

PS: Offtopic, bo chcę pamiętać:
Zostawiliśmy po sobie konstrukcję, most ‘Doktora, Inzyniera i Magistra’, dumnie nazwany od profili studiów, a zbudowany wspólnymi siłami przez część załogi o chromosomach zawierających Y. Cóż, potrzeba budowli była uzasadniona – nasze damy nie chciały się moczyć wychodząc na ląd...

Wynik potyczek ze śmiercią: na dzień dzisiejszy 3:0, ale niebawem czeka mnie parę podróży stalowym ptakiem, (co gorsza, z laptopem w luku bagażowym, *&@#%@!!), więc nigdy nic nie wiadomo…

• Następny post: Zabraniam Ci Googlać!
• Poprzedni post: Dziwne blogi w dziwnych miejscach

 

Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat?
Kanał RSS: kliknij tutaj. Subskrybcja poprzez e-mail: kliknij tutaj.

 

« reszta wpisów | • trackback | ‡ torturuj posta!

Komentarze:

1. GiM Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 14:15:21
 

dlaczego lapek w bagażowym, nie mogłeś wziąć jako podręczny?

 
2. Maciek Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 14:40:03
 

@GiM: gazet nie czytasz? :-)

 
3. omg Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 18:59:45
 

E tam, ile ja w życiu spotkałem takich bydląt, chodzących za mną i ocierających się o nogi... Ale było to jednak na troszkę cywilizowanym terenie :P. Głupio jest mieć świadomość, że każde kichnięcie, każdy gwałtowny ruch może zdenerwować takiego osobnika...

 
4. Wanted Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 22:39:51
 

żegla<strong>rz</strong>u, żeglarzu!

 
5. omg Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 22:41:37
 

O fcuk, jak mogłem takiego czegoś wcześniej nie zauważyć..

 
6. Piotr Konieczny Poniedziałek, 14 sierpnia 2006, 22:42:17
 

Wanted: Dzięki.

 

Dodaj komentarz:

Wyślij pustą wiadomość, aby śledzić komentarze przez bota.
Komentarze są własnością osób komentujących.
Właściciel bloga nie ponosi za nie odpowiedzialności.
Komentarze nie na temat będą usuwane.

Ofiara

Jeśli powyższy wpis przydał Ci się w jakiś sposób,

autorowi :-)

Czytelnicy:

« wszystkie wpisy