Poniedziałek, 14 sierpnia 2006 :: 13:02:00
Ja tu na deszczu moknę, wilki jakieś...
Po wpisie Wygrałem ze śmiercią odezwała się znajoma dusza przypominając mi co następuje, a co zdarzyło się kilka ładnych lat temu:
Mazury. Szkwał. Zrzuca nas, cytując sternika ‘ch@#%wiegdzie’. Obijamy się o brzeg przez całą noc, przycumowani do drzew i na kotwicy. Kobiety boją się, że Tango pęknie... No cóż, w ciemnościach, regularne odgłosy szorowania po kamieniach i mocne kołysanie prowokuje *te* myśli... Baterie w komórkach są nie za bardzo, pogoda jeszcze bardziej nie za bardzo. Następnego dnia kończą się zapasy żywności...
Wyruszam wraz z kumplem na polowanie! Trzeba zdobyć papu i nakarmić plemię :-) Przedzieramy się dzikim borem przez przeszło trzy godziny, aż wreszcie dopada nas zgraja psów. Hm, psiurów, bo pies nie kojarzy mi się z czworonogiem, który ma głowę na wysokości mojego biodra.
Robi się trochę nieswojo. Krótka analiza możliwej drogi ucieczki nie poprawia nam humoru. Nie ma się na co wdrapać, nie ma kogo zawołać, a konfrontacja z czterema psiurskami raczej nie daje szans na najmniejsze zwycięstwo (Przez najmniejsze rozumiem nieodgyryzienie choćby jednej ręki, z preferencjami na prawą).
W takich chwilach przez myśl przychodzą ‘wszyscy Ci idioci’, którzy doradzają społeczeństwu w środkach masowego przekazu, żeby podczas ataku psa udawać drzewo.
-- Dobre sobie. Mam udawać #@#^% drzewo obok czterech, @$%#! wilków! – nie potrafię zapanować nad językiem w trudnych momentach...
-- Ja ^$!@#, może jeszcze powinniśmy szumieć jak liście na wietrze? – wtóruje kompan.
Po przekalkulowaniu szans zdajemy sobie sprawę, że jeśli zostaniemy w tym środku zadupia i psiska nas rozszarpią to nie będzie to ani bohaterska śmierć, a już na pewno nikt nas tam nie znajdzie przez co najmniej kilka tygodni. Ech, Mazury...
Z sercem w przełyku i krwawymi wizjami, postanowiliśmy ruszyć. Do dziś zastanawiam się, czy nie uratowało nas to, że (z czego później zdaliśmy sobie sprawę) szeptaliśmy przez cały czas i w konsekwencji psy pomyślały, że jesteśmy ‘dziwni i niesmaczni’.
Docieramy do pierwszego gospodarstwa, psiurska ciągle pałętają się pod nogami, ocierając łby o uda. Nikogo nie ma na podwórku, pukamy do drzwi....
Słychać zbliżający się szum i zza domu wypada jeszcze jeden, podobnych gabarytów pies. Reakcje były podobne:
— @*^$%@ - ja
— O @#*&@$^ - kumpel
Gospodarz wkurzony, podobno straszymy mu psy (sic!), mówi, że nic go nie interesuje, że się rozbiliśmy i nie mamy jedzenia. Marszczy brwi i dodaje, że to teren prywatny i jak się nie wyniesiemy, to on poszczuje nas psami (!!!), a zwłaszcza Bandytą, rottweilerem, który na nasze szczęście wypoczywa w domu.
Cóż było zrobić. Ruszyliśmy dalej — psiurska na szczęście zostały za nami. Kto wie, może Bandyta była ponętną suczką? :-)
Zaraz przed zmrokiem dostrzegliśmy inne gospodarstwo. Co prawda, widząc je z daleka, mieliśmy wątpliwości, czy chcemy niepokoić właściciela... Dostrzegliśmy bowiem, że przed bramą bryka kolejne duże zwierze, a tych mieliśmy na ów dzień serdecznie dość. Na szczęście, zwierze nie było psem z ociekającym od krwi żeglarzy pyskiem, a krową, w dodatku uwiązaną. Ufff.
Gospodyni, na pytanie, gdzie jest najbliższy sklep odparła:
-- Jeśli chcecie piwo, to mogę taniej. Stary właśnie zlikwidował knajpę — i pokazałą ręką na stodołę w której było pełno beczek piwa!!! (Skarby Mazur? Czyżbyśmy znaleźli Bursztynową komnatę?!). Propozycja była to kusząca i na pewno warto byłoby zobaczyć miny zostawionych na jachcie, gdybyśmy wrócili z beczką piwa i odparli: Sory, nie znaleźliśmy nic innego do żarcia :-)
Dostaliśmy dwa chlebusie, ogórasy i pomidora. Miła pani, nawet nie chciała zapłaty. Odparła: Mam nadzieję, że kiedy moje dzieci będą potrzebować pomocy, ktoś okaże im serce...
Wróciliśmy, troszkę po zmroku, postanowiwszy ominąć strefę psów z dużym zapasem – co wyszło nam na dobre, bo pokradliśmy trochę jabłek (z dzikich jabłoni, ma się rozumieć).
Kawałek chleba z pomidorem nigdy nie smakował wyborniej...
PS: Offtopic, bo chcę pamiętać:
Zostawiliśmy po sobie konstrukcję, most ‘Doktora, Inzyniera i Magistra’, dumnie nazwany od profili studiów, a zbudowany wspólnymi siłami przez część załogi o chromosomach zawierających Y. Cóż, potrzeba budowli była uzasadniona – nasze damy nie chciały się moczyć wychodząc na ląd...
Wynik potyczek ze śmiercią: na dzień dzisiejszy 3:0, ale niebawem czeka mnie parę podróży stalowym ptakiem, (co gorsza, z laptopem w luku bagażowym, *&@#%@!!), więc nigdy nic nie wiadomo…
• Następny post:
Zabraniam Ci Googlać!
• Poprzedni post:
Dziwne blogi w dziwnych miejscach
Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat?
Kanał RSS: kliknij tutaj. Subskrybcja poprzez e-mail: kliknij tutaj.