Czwartek, 07 września 2006 :: 17:01:44
Googleplex i Guiness (czyli ja w Dublinie)
Niektórzy z Was zauważyli, że ostatnio dość ciężko było się ze mną skontaktować. Jogger też milczał... Parę dni spędziłem na podróży z Southampton do Polski... po drodze goszcząc, odpoczywając i co ważniejsze — świetnie się bawiąc w Dublinie.
Poniżej trzyczęściowa fotorelacja z Dublina. Pierwszy wpis poświęcony zostanie zwiedzaniu miasta, drugi wspinaczce po klifach i pijaństwu w fabryce Guinnessa. Natomiast w trzeciej części relacji oprowadzę Was po Googlepleksie, czyli oficjalnej siedzibie Google w Dublinie! (Niech zgadnę, na którą część najbardziej czekacie... :P)
Tych kilka dni relaksu nie miałoby miejsca, gdyby nie Marcin, któremu jeszcze raz serdecznie dziękuję za wymarzoną gościnę! (Nawet w najlepszych hotelach nie mają tak miękkich dywanów na klatkach schodowych! :-)
"Już pora wstać, wyruszyć z domu..."
Pora na wstawanie nie była, w przeciwieństwie do powyższego tytułu, dobranockowa. Pobudka o 5 rano, żeby stawić się na lotnisku SOU rodziła pewne obawy, ale więcej strachu wzbudzała myśl, że sprzęt elektroniczny będę musiał wpakować do luku bagażowego.
Po udaremnionych zamachac z liquid bombs, brytyjskie lotniska przez pewien czas na pokład samolotów wpuszczały pasażerów wyłącznie z dokumentem tożsamości i lekami przy sobie, bez żadnego bagażu podręcznego, a co za tym idzie z laptopem i resztą elektroniki w luku towarowym samolotu. (A przecież wszyscy obserwujemy przed każdym lotem, jak delikatnie z naszym bagażem obchodzą się pracownicy lotniskowi)
Na szczęście, pod dwóch tygodniach security control nie była już tak ścisła. Pozwolono mi zostawić laptopa w bagażu podręcznym. Przez bramkę jednak musiałem przejść na bosaka... a laptopa wypakować z mojej l33t b4g.
Niezrozumiałym wydało mi się także pytanie o wizę - chyba ktoś zapomniał, że Polska jest już od jakiegoś czasu w EU... Pomimo tak szczegółowej kontroli, obsługa lotniska i tak zaliczyła wpadkę. Stewardessa cofnęła z pokładu samolotu jednego pasażera. Powód prosty: jeszcze chwila i zamiast do Włoch, poleciałby do Irlandii...
A w Dublinie pada
Deszcz. Przez ponad dwa miesiące pobytu w Southampton, blisko tak legendarnego "mglistego i dżdżystego Londynu", dni deszczowe mogłem policzyć na palcach jednej ręki... a tu nagle poczułem się jak w starej, dobrej Szkocji. (Tak, trzeba przyznać, że się już za moimi rudzielcami w kiltach stęskniłem...)
Dublin zaskoczył mnie nie tylko pogodą. Spodziewałem się miasta większego, a jak się okazało, nogi są były całkiem wydajnym i dość szybkim środkiem miejskiej lokomocji. Chyba nie bez powodu mówi się też o Irlandii jak o drugiej Polsce. Liczba rodaków po północnej stronie Dublina jest naprawdę spora. Polacy mają tam swoje sklepy i chyba ogólnie dobre warunki do rozwoju - wnioskuje po zadowolonych mordkach sączących piwka na ławkach z widokiem na rzekę Liffey :-)
Narodowe Skarby Irlandii
Trafiłem na dobrego przewodnika ;-) Już pierwszego dnia zaliczyliśmy Bibliotekę Narodową, Muzeum Narodowe i Trinity Colleage - wszystkie przy ulicy Kildare Street. (Jeden z dowodów na to, że Dublin w istocie jest dość ograniczonym przestrzennie miastem. Nie zrozumnie mnie źle, w mojej opinii to wielka zaleta i wygoda - zwłaszcza z punktu widzenia turysty).
W Bibliotece Narodowej prezentowana jest wystawa "The life and work of William Butler Yeats". Świetna z punktu widzenia "technicznego". Biblioteka niemal do granic możliwości wykorzystała tak nowoczesne urządzenia jak projektory, czy animacje komputerowe na maszynkach z dotykowym ekranem. Przy takim sposobie prezentowania wiadomości, aż chce się chłonąć wiedzę! Przykro, że nasze rodzimy wystawy w tak niewielkim stopniu wykorzystują multimedia do przekazywania wiedzy. Wystawa będzie prezentowana przez najbliższe trzy lata (sic!). Wstęp wolny.
W Muzeum Narodowym to samo. Komputery prawie na każdym rogu pozwalają odwiedzającemu lepiej chłonąć wiedzę płynącą z pradawnych eksponatów. Prezentacje i interaktywne mapy szczegółowo wyjaśniają pochodzenie znalezisk, a filmy sposób ich wydobywania i badania. Mieli nawet salkę kinową, w której odtwarzano zapętlony film dokumentalny o podbojach Wikingów.
W pamięci pozostały mi mumie z bagien, niesamowicie wręcz ozdobiony krzyż i fakt, że zamki w drzwiach (oraz kłódki!) istniały już w czasach Wikingów. (Ciekawe czy wytrychy to też ich sprawka...)
Wystawa dotyczyła archeologii, ale udało się znaleźć jeden nowoczesny eksponat:
Muzeum archeologii, mimo że bardzo obszerne i ciekawe, nie niosło jednak ze sobą tyle zabawy, co podobny obiekt w Southampton.
W Soton pozwolono mi przebrać się w szaty z dawnych lat i pstrykać w nich zdjęcia. Dodatkowo miałem okazję pobawić się w piasku, pokolorować rybki i przeczytać zabawny quiz. (No dobra, przyznaję, bezwzględnie wykorzystałem atrakcje przygotowane dla najmłodszych - ale co tam, miałem frajdę!).
Southamptońskie muzeum było też trochę bardziej dowcipne. Na przekroju przez ziemię można było zobaczyć na różnych głębokościach, odpowiednie znaleziska. Począwszy od kości dinozaurów, przez narzędzia z brązu i gliny, aż do amunicji z II wojny światowej i współczesnej foliowej pustej paczki czipsów...
Niecodzienne widoki i smaki
Wracając do Dublina... Nietypowe znalezisko w okolicach Trinity Colleage wzbudziło dziwne emocje. Maski teatralne i drut kolczasty...
Czy też Was interesuje, co kryje się za tymi stalowymi drzwiami?
Kolejnym punktem wycieczki był Temple Bar i pierwszy w moim życiu Blue Burger, czyli hamburger z serem pleśniowym zapijany, jeśli dobrze pamiętam, piwem produkowanym na miejscu. (Coś jak krakowski CK-Browar). Oryginalny smak burgera na pewno skłoni mnie do eksperymentów podczas kolejnego grillowania. :-)
Nie obyło się również bez wycieczki na O'Connell Street i podziwianiu "szpikulca", oraz rozsianych po całym mieście rzeźb wychudzonych ludzi, obrazujących Dublińczyków podczas wielkiej zarazy ziemniaka, która nawiedziła wyspę kilkaset lat temu, dziesiątkując jej mieszkańców.
Podróżuj z techniką
Oprócz doskonałego przewodnika, podobnie jak i przy wyprawie do Hiszpanii, wspierałem się trochę na, doskonałej moim zdaniem, Wikitravel, co i Wam polecam w przypadku wycieczki do Irlandii.
Jak się okazało, bogata w mądrości podróżników Wiki zawierała jedną z cenniejszych rad udzielonych przez Marcina. Po wizycie w destylarni whisky obowiązkowo łapa do góry - pod pretekstem konkursu można skosztować darmowej degustacji! :-)
Jutro zabiorę Was w podróż na dublińskie Klify i do fabryki Guinnessa, a w kolejnym odcinku do Googlepleksu. Stay tuned!
• Następny post:
Dam pracę koderowi PHP (praca przez internet)
• Poprzedni post:
Philips zmienił nazwę na NXP
Chcesz być informowany o kolejnych wpisach na ten temat?
Kanał RSS: kliknij tutaj. Subskrybcja poprzez e-mail: kliknij tutaj.